wtorek, 26 kwietnia 2016

18. Will you love me tomorrow

Tak bardzo uparła się abym nie wracał sam do hotelu. Właściwie to wszystko odjęło mi jakiekolwiek myślenie więc może i lepiej stało się że miałem nocować u niej na kanapie. Nie tak to miało wszystko wyglądać. Romantyczny wypad, my sami... Może ponownie powtórzyłbym jej że ją kocham. Niestety, stało się co się stało. W sumie nawet nie rozpaczałem. Byłem zawsze przezornie ubezpieczony. Zresztą sprzedam dwa... góra trzy obrazy i znów stanie tam dom. Może z większą ilością pokoi?
Przez moment nawet przemknęła mi myśl o pokojach dla dzieci. Starzeję się i to pewne. Przecież nigdy dotąd nie myślałem o dzieciach.  W sumie niby z kim wcześniej miałbym je mieć? Su na bank nie była tą właściwą. A Amy? Cóż...
Uśmiech pojawił się do moich myśli. Kochałem ją jak wariat i to było niezaprzeczalne, szkoda tylko że oboje komplikowaliśmy. Chociaż gdyby poszło lekką ręką może bym się znudził? Sam nie wiem. Wstałem z westchnięciem z kanapy. Była niecała 4:35. Nic nie zmrużyłem oka. Poszedłem do kuchni po szklankę zimnej wody. Niby ona jest najlepsza na wszystko nawet zamiast seksu. Odsunąłem włosy z czoła i moje spojrzenie spadło na zdjęcie jej męża.
- Co ty tu jeszcze robisz?- zapytałem mówiąc ściszonym głosem. Wziąłem ramkę w dłoń i spojrzałem pod niewielkie światło by przyjrzeć się uważnie. Mężczyzna na zdjęciu ciągle się do mnie uśmiechał. Eh kiepski widok dla mnie jako faceta który chce być z jego byłą żoną.
- Obiecuje że jej nie skrzywdzę ale ty musisz zniknąć z jej życia.- odłożyłem zdjęcie na blat i wypiłem do dna wodę. Perspektywa ponownego położenia się na przykrótkiej kanapie jakoś mnie nie uszczęśliwiła.
Drzwi od sypialni Amy były kusząco uchylone. Czemu by nie wejrzeć? Zawsze byłem ciekawy i chciałem wszystko widzieć i słyszeć. Cóż igrałem z ogniem, bo przecież Amy potrafi też pokazać różki. Z delikatnym uśmiechem wszedłem do jej sypialni. Leżała na jednej części łóżka oddychając spokojnie. Nikłe światło nocnej lampki oświetlało jej twarz. Była piękna. Chciałem przyspieszyć czas aby już nic nam nie stawało na drodze. Cichym chodem znalazłem się po drugiej stronie łóżka. Co ja do cholery robiłem? Nie chciałem jej budzić ale... Cholera musiałem być przy niej. W sekundzie znalazłem się na łóżku pod jej kołdrą.
- Emm... ehm?- wyjęczała zaspana Amy unosząc nieco głowę.
- Ciiiii- wysyczałem.- To tylko ja, Sebastian.- dodałem dla pewności aby nie usłyszeć jak mnie wita imieniem swojego zmarłego męża. Kobieta odwróciła się do mnie przodem z potarganymi włosami i zamkniętymi oczami.
- Coś się stało?- jej głos był zachrypnięty. Uśmiechnąłem się.
- Nie... Chciałem się położyć obok ciebie.- wyjaśniłem niepewnie. Ona jedynie jęknęła coś pod nosem i ułożyła głowę na moim torsie. Nie wiedziałem czy jest świadoma tego że jestem obok niej, jednak żadnego sprzeciwu nie usłyszałem. Objąłem ją ramieniem i poprawiłem kołdrę.
- Kocham cię..- szepnąłem dając jej buziaka w czubek głowy. Amy wydała siebie ciężkie westchnięcie. O dziwo robiło mi się nad zbyt wygodnie i ciepło. Sufit powoli znikał a oczy kleiły się.

Taki krótki rozdział na dobranoc/dzień dobry.

niedziela, 24 kwietnia 2016

17. Girl on fire

W drewnianym pokoju na białym łóżku leżała dobrze mi znana sukienka. Moja sukienka. Co ona do cholery tu robiła? Nie było to nic wyszukanego, o dziwo dostosowanego do pogody. Wszystko co leżało na łóżku łącznie z butami i grubymi rajstopami, należało do mnie. Było to dla mnie niepokojące ale z drugiej strony zwiększyło to mój komfort. Obawiałam się, że da mi czyjeś ubrania lub co gorsza swoje. Ogarnęłam się dzięki MOJEJ kosmetyczce i zeszłam na dół już bez piżamy tylko w normalnym ubraniu.
Na dole w białej koszuli i dżinsach przy kominku siedział Sebastian.
- Jeszcze chwile potrwa zanim rozpalę.- mówił grzebiąc coś przy palenisku.
Dzięki temu mogłam się rozejrzeć po pomieszczeniu. Sufit był pod sam dach, dopiero część gdzie były sypianie została zabudowana. Dom był ogromny zrobiony z bali. Za oknem było widać zamrożone jezioro i las. Było tutaj pięknie. Kiedy tak odwracałam się dookoła swojej osi zauważyłam, że ogień w kominku się pali, a Sebastian patrzy prosto na mnie.
- Ładnie wyglądasz.- powiedział jakby specjalnie czekając aż mój rumieniec jeszcze bardziej zacznie mnie palić w policzki.Wstał kierując się w moją stronę. Objęłam siebie ramionami skulając się pod oporem jego wzroku.
- Piękny dom.-zmieniłam temat.
- Mój...- odpowiedział krótko będąc już niemal przy mnie. Zrobiłam krok w tył, na marne bo wpadłam od razu na drewniany stół. Do cholery wszystko tu musiało być drewniane?
- Jesteś dzisiaj nazbyt władczy.- przymrużyłam oczy widząc, że jego uśmiech się poszerza i odgarnia część swoich dłuższych blond włosów za ucho.
- Powiedzmy... taki dzień.- położył po obu stronach mego ciała, dłonie na blacie od stołu. Byłam usidlona.
- Z jakiej racji zaproponowałeś mi abym poszła się ubrać jeśli widocznie twoim celem jest mnie rozebranie.- wypaliłam będąc pewna że ma tylko jeden zamiar. Jednak on uniósł wysoko brwi i się wyprostował niemal dławiąc się swoją śliną. Zaczął kaszleć, jednak po chwili już oddychał miarowo.
- Znaczy... jeśli chcesz... Ja jestem chętny od dawna ale... Cóż... nie miałem tego w zamiarze... nie dziś...- zaczął się nieco jąkać próbując dobrać słowa.
Moje usta zrobiły się w literkę "O". Powinnam kiedyś sobie uciąć język, moja gadanina przepłynęła w moich żyłach sprawiając że policzki zrobiły mi się bardziej różowe niżeli tego chciałby mróz na dworze.
- Em... ja... w zamiarze... nie...- zaczęłam się jeszcze bardziej jąkać niżeli on poprzednio. Widziałam jedynie uśmiech Sebastiana, który władczo nade mną górował.
- Chyba ktoś zabił się swoją własną bronią.- szepnął mi przy uchu. Jęknęłam czując jak bardzo jestem na przegranej pozycji, ba... jego tors dociskał mój... "tors".
- Cholera!- odepchnęłam go od siebie by móc wyrwać się z tego dziwnego układu.
- Cholera?- powtórzył za mną marszcząc brwi.
- No... cholera..- klasnęłam w dłonie szukając słów. Moja bezsilność przeradzała się w nadmiar wrzących emocji. On jedynie zagarnął swoje włosy za ucho wbijając we mnie oczekujące spojrzenie. Był zbyt opanowany niżeli tego chciałam. Czemu on miał wszystko tak poukładane w głowie, kiedy ja to jedna wielka wybuchowa paczka cukierków z cukrem strzelającym? Gdy tak na niego patrzyłam walczyłam o chociaż jedno sensowne słowo w moich ustach. Na marne.
- Powinnam pisać poradniki jak stać się idiotką w mniej niż 10 sekund.- szepnęłam do siebie jednak Sebastian to usłyszał. Próbował być poważny... jakieś dwie sekundy. Jego brew powędrowała do góry, a sam prychnął z rozbawienia.
- Aaaaahaaa.- wydusił z siebie patrząc na mnie rozbawiony. Zagryzłam wargę zębami i odwróciłam się na pięcie gotowa uciekać z tego przeklętego domu. Zatrzymał mnie w połowie drogi do drzwi.
- Ej ej... spokojnie. Amy...- ujął mój policzek w dłoń szukając ze mną kontaktu wzrokowego. Odsunęłam się niczym poparzona ogniem.
- Amy... uspokój się.
- Ja jestem spokojna! Jestem psia krew szaleńczo spokojna! Jestem oazą spokoju! Pierdolonym kurwa zajebiście wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora.- moje słowa wylatywały z ust szybciej niżeli chciałam używając więcej wulgaryzmów niż miałam w zamyśle. Sebastian cofnął się o krok robiąc wielkie oczy.
- Wooooow....- jęknął unosząc dłonie w obronnym geście.
- No co?
- Nic... w końcu pokazałaś że potrafisz być też niegrzeczna.- puścił do mnie oczko jakby wygrał jakąś nagrodę.
Kto to wszystko zrozumie i powie mi co miało miejsce? Jakim cudem ktoś mógł być zadowolony po takiej wiązance? On jednak wciąż się uśmiechał patrząc na mnie. O co do licha mu chodziło?
- Choć na spacer...- podał mi mój płaszcz.
Byłam zbyt otępiała abym mogła to wszystko zrozumieć.
Wyszliśmy na spokojnie byle jak najdalej o drewnianego domu gdzie wszystko odwracało się do góry nogami. Szliśmy właściwie w milczeniu. Nie chciałam rozmawiać, nie teraz. Zresztą mu ta cisza nie przeszkadzała. Szedł kilka kroków za mną nie wymuszając nic ode mnie. Za niewielkim laskiem było jezioro z zamarzniętą taflą wodą. Usiadłam na pniu spróchniałego drzewa. Sebastian usiadł obok mnie obejmując mnie ramieniem w tali. Przy okazji oparł brodę na moich barkach. Czułam jego chropowaty policzek przy moim, Przymknęłam oczy czując się o dziwo miło i bezpiecznie. Nasze dłonie same z siebie splotły się dając sobie wzajemnie ciepło.
- Gdybyś nie walczyła tak długo to już dawno byłabyś obok mnie.- szepnął leniwym i ściszonym głosem. Zmarszczyłam brwi słysząc to.
- Więc to moja wina? Może gdybyś nie kłamał...
- Amy..- szepnął mi do ucha aby mnie uspokoić.- Oboje jesteśmy dzicy... tak widocznie miało być... Wzajemnie się...
- Oswajamy?- próbowałam dokończyć za niego zdanie patrząc na kołyszące się drzewa iglaste.
- Nie... raczej chodziło mi o temperowanie. Chociaż nie wiem...- zaśmiał się chrypiącym głosem. Uśmiechnęłam się delikatnie wtulając swoje ciało do jego bardziej. Spojrzał na mnie uważniej.
- Coś się stało?- zauważył małą łezkę w moim kąciku oka.
Jęknęłam z rezygnacją. Chciałam znów zaprzeczać, kłócić się i wybuchać ale... nie powinnam. Nie teraz.
- Dawno nie było mi tak dobrze w ramionach mężczyzny.- powiedziałam cicho zamykając na moment oczy. Powietrze było czyste i zimne niczym lód.- Mogłabym tu zostać na wieki.- dodałam. Poczułam po chwili jak obdarowuje mnie pocałunkiem w skroń. Taki mały pocałunek a poczułam gęsią skórkę w wszelakich miejscach na moim ciele. Nagle jednak on cały zamarł, a jego ciało stało się napięte. Niechętnie otworzyłam oczy spoglądając na niego.
Sebastian marszczył brwi jednak zaraz zerwał się na równe nogi przez co prawie wpadłam w puch śniegu.
- O kurwa! Pali się!- zawołał stłamszonym z strachu głosem.
- Pali? Ale co?- wstałam otrzepując się z śniegu. Dopiero stojąc ramię w ramię dostrzegłam czarny dym za lasem który przebyliśmy. Nogi niemal się pode mną ugięły.
- Kurwa!- wrzasnął. Chwycił mnie za dłoń i ruszył biegiem przez las. Ledwo nadążałam za nim zwłaszcza z chorą stopą. Im byliśmy bliżej posiadłości Sebastiana tym bardziej mogliśmy czuć swąd palonego drzewa. Gdy wpadliśmy na polanę gdzie był jego dom naszym oczom ukazało się jedno wielkie ognisko. Nie było części domu który nie płoną.
- Muszę iść gasić!- ryknął.
- Nie, Sebastian. Nie!.
Złapałam go szybko na rękę widząc jak bardzo to nie ma sensu. Gdzieś z daleka usłyszeliśmy jadące jednostki straży pożarnej. Mogliśmy tylko stać i patrzeć.
Gdy strażacy wyciągali sprzęt już właściwie mogli ugasić tylko resztki drewna. Nic nie zostało. Sebastian cały czas starał się być twardy jednak ręka którą trzymałam była zaciśnięta na mojej dłoni. Nie chciał abym nigdzie odchodziła czy zostawiała go samego, nawet w czasie kiedy strażacy i lokalna policja przyszli do niego spisywać dokumenty.
Wstępna ocena to zaproszenie ognia od kominka.

Zapraszam do komentowania!

środa, 13 kwietnia 2016

16. Si jamais j'oublie

Jechałem dość szybko zanim zwrócę na siebie uwagę osób dookoła. Nie byłem już tak pewny swojego planu teraz niżeli rano kiedy wstałem. Co sobie myślałem? Że udawane porwanie ją podnieci? Cholera jasna. Zjechałem w niewielki zajazd w za granicami miasta gdzie były jedynie pola i łąki. Dla pewności zamknąłem drzwi. Ona siedziała sparaliżowana obok mnie, cala napięta a dłonie wbijała w fotel. Sięgnąłem po bluzkę którą nakryłem jej głowę i ściągnąłem. Jej pisk przerwał się w momencie kiedy otwarła oczy. Patrzyła na mnie przez szklaną otoczkę łez. Ok spierdoliłem.
- Emmm... niespodzianka?- już nie byłem pewny tego co zrobiłem.
- Co...?- drżącym głosem odezwała się wpatrując w moją twarz. Ok teraz byłem pewny że przez swoje zachowanie mogłem znów stracić jej zaufanie.
- Albo nie... nie tłumacz mi...- poprosiła w momencie kiedy otwierałem usta by zacząć ją przepraszać. Usiadła na wprost patrząc na swoje owinięte ręcznikiem dłonie aby były unieruchomione. Zagryzłem dolną wargę. Ręce zaczęły mi się trząść.
- Rozwiążesz mnie?- zapytała. Skiwnąłem głową i od razu szybko uwolniłem jej dłonie. Rozmasowała nadgarstki i sięgnęła do drzwi. Blokada nie pozwoliła jej wysiąść.
- Wypuść mnie.- jej głos był surowy.
- Gdzie chcesz wysiadać?- zapytałem w końcu.
- Chce wracać do domu i zapomnieć o twoim zachowaniu.- patrzyła w boczne okno byle tylko nie na mnie. Westchnąłem bezsilnie. Wszystko bym zniósł, atak na mnie, krzyki ale nie taki spokój. U kobiet to znaczyło najgorszy stan z możliwych. Przynajmniej ja tak twierdziłem. Odblokowałem drzwi jednak zaraz wysiadłem z samochodu zanim ona to zrobiła. Obiegłem auto otwierając jej drzwi. Znów nie obdarzyła mnie spojrzeniem.
- Amy...- szedłem za nią jak duch.- To nie tak miało być... Nie chciałaś zgodzić się na randkę więc pomyślałem...
- Że mnie porwiesz i śmiertelnie wystraszysz?- zatrzymała się odwracając w moją stronę.
- Ok... głupi pomysł. Słaby ze mnie romantyk. Chciałem w końcu spędzić z tobą trochę czasu.- przeczesałem dłonią włosy.
- I dlatego porwałeś mnie w dresie i kapciach?- założyła dłonie na piersi mrożąc mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. Westchnąłem. Ok zrobiłem głupotę ale z drugiej strony krzywda jej się nie stała. To nie był powód abym podwijał ogon i się kulił. Zrobiłem krok w jej stronę wiedząc że ona zrobi krok w tył.
- Nie padłaś na zawał... zresztą może wreszcie czas wyjść z poczucia bezpieczeństwa? Raz na milion lat jakieś emocje ci się przydadzą a te były kontrolowane.
- Mam ci za to jeszcze dziękować?- przerwała mi robiąc w moją stronę bojowy krok. Uśmiechnąłem się nieco widząc jej nastawienie dzięki czemu była dla mnie na wyciągnięcie ręki. Mogłem być zabity na miejscu po tym co zamierzałem zrobić. Swoje dłonie położyłem na jej biodrach  znów wzdychając jednak w ten teatralny sposób. Spojrzałem na nią z góry.
- Nie... po prostu po ludzku odpuścić i dobrze się bawić.
Pierw zaczęła się szarpać chcąc wyrwać sie z moich objęć jednak po chwili odpuściła. Uniosła oczy do niebu jakby miała zamiar się modlić.
- Jestem w piżamie...- odpowiedziała poddając się mi. Mój uśmiech stał się bardziej cwany. Przewidziałem wszystko.


Powoli powracam.