poniedziałek, 29 lutego 2016

15. Afterglow

Na przeciw mnie siedziała Ros z lampką wina w ręce. Jej serdeczny uśmiech wciąż mnie witał. Wysłuchała wszystkiego co ostatnio miało miejsce w moim życiu. Wszystko kręciło się dookoła Sebastiana. To że wyjawiłam mu prawdę na temat mego zmarłego męża, aby go nie stracić, to że on wyznał mi miłość, to że przy nim nawet po wielkim płaczu potrafiłam się uśmiechnąć. Wciąż czułam, że pieką mnie policzki z zdenerwowania. Dawno z nikim nie rozmawiałam o moim życiu emocjonalnym. Psycholog nie liczę, tam musiałam to robić.
- Kurde, a myślałam, że Sebastian to zwykły nieodpowiedzialny pojeb.- skwitowała go.
- Ros!- upomniałam ją, dając lekkiego kopniaka w udo zdrową nogą.
- Sama na pewno tak o nim myślałaś jak się tu pojawił. Szczerze obstawiałam, że się pobawi pobawi i zniknie. A tu takie... Jak w jakimś filmie!- zaśmiała się. Wywróciłam oczami, Ros to niepoprawna romantyczka widząca wszędzie happy endy. - W dodatku wyczuł idealnie czas powrotu, bądź co bądź większą część żałoby masz za sobą. Ogarnęłaś swoje życie tak aby móc normalnie żyć. 
- Właśnie normalnie żyć, a nie pakować się w związek, jakieś uczucia...- westchnęłam bezsilnie. Choć od ostatniego spotkania z Sebastianem minął zaledwie tydzień, to ciągle wymienialiśmy krótkie sms. Łapałam się na tym, że uśmiechałam się do ekraniku telefonu. Jednak czy to powinno mieć miejsce?
- Tylko że jest jeden istotny fakt... On był w twoim życiu już wcześniej, już wtedy coś czułaś ale był Phil. Może gdybyś poznała Sebastiana dopiero teraz byłoby ci trudno, ale on już wtedy był dla ciebie ważny. - mówiła do mnie z troską.
- Ale go nie kochałam... jedynym facetem był mój mąż.- broniłam się przed możliwym spojrzeniem na tą sytuację z innej perspektywy która nie istniała.
- Jednak nawet posiadając męża można być zauroczonym kimś innym. A to jest niezaprzeczalne, że w pewnym momencie byłaś pochłonięta jego osobą. Wiem że zdradzić byś nie zdradziła Phila.- przysunęła się do mnie aby objąć ramieniem.
- Żebym na stare lata jeszcze musiała myśleć o facetach...- zakpiłam. Ros klepnęła mnie dłonią w głowę i obie się zaśmiałyśmy.
- Swoją drogą to Sebastian to niezłe ciacho.- zaczęła śmiać się ruszając do mnie zabawnie brwiami.
- Ano...- jęknęłam przypominając sobie jak na tej właśnie kanapie spał w pierwszy dzień nowego roku. Wyjątkowy widok bez wątpienia. Cholera jasna jakie to w tym momencie było płytkie. Zaraz po tym zaczął dzwonić telefon Ros.
- Matko to opiekunka.- jęknęła patrząc na wyświetlacz.- Muszę odebrać.- skrzywiła się.
Oj bliźniaki potrafiły dać w kość i to mocno, obojętnie pod kogo byli opieką. Zajęłam się więc odpisywaniem na sms od Sebastiana. Były różne od żartów po dotyczące jego nowych obrazów. Znów poruszał temat "randki". Za każdym razem próbowałam od siebie odwlec tą myśl oraz zmieniać temat. Po za tym nie mieliśmy po naście lat aby chodzić na randki, zwłaszcza takie "grzeczne".
- Muszę wracać szybko do domu. Dekle zbiły lustro i poprzecinali się obaj. Muszę ich zawieść do szpitala. Matko kochana!- Ros nie miała już sił na tą małą gromadkę.
- Pomóc ci jakoś? Jechać z tobą?- zaproponowałam, w końcu była dla mnie jak rodzina.
- Nie... znaczy... poleciałabyś na dół łapać taksówkę a ja zbiorę moje zakupy i zadzwonię do Jacoba?-poprosiła. Nie musiała dwa razy mówić. Nawet się nie ubierałam, w dresie wyskoczyłam na dwór choć trochę mi to zajęło. Było zimno i brzydko, a kapcie mogłam już wyrzucić do kosza po powrocie do domu. Na szczęście szybko złapałam taksówkę. Akurat Ros wychodziła biegiem z kamienicy dając mi klucze od mojego mieszkania.
- Leć do domu bo będziesz chora... Dziękuję kochana.- mówiła szybko, a w jej oczach mogłam dostrzec łzy zdenerwowania.
- Daj mi znać co z nimi!- rzuciłam nim zamknęła drzwi od taksówki.
Stałam jeszcze chwilę patrząc jak odjeżdża. Miały te dzieciaki talent do wpadania w kłopoty. Poczułam się nagle dziwnie, jak w tych momentach kiedy ktoś nas obserwuje. Spojrzałam przez jedno ramię, nic. Musiało mi się zdawać. Już chciałam wracać do kamienicy kiedy nagle nic nie widziałam.
Zostałam złapana w żelazne ramiona kogoś silniejszego ode mnie, a na głowie miałam worek. Nic nie widziałam, nawet ostre szarpanie nic mi nie dawało. Krzyk! Krzyczałam ile wlezie jednak szybko znalazłam się w jakimś samochodzie, a on niedługo po tym ruszył.
- Kurwa! Zostaw mnie! Puść! POMOCY!- zaczęłam wołać wyrywając się jak mogłam, na marne. A samochód wciąż przyspieszał.


Zapraszam do komentowania!

niedziela, 28 lutego 2016

14. L'll Red Riding Hood

Patrzyłem na jej zapłakaną twarz i czułem się jak największy idiota na tym świecie. Miałem czelność osądzać ją o oszukiwanie mnie, nie biorąc pod uwagę powodów. Zaledwie niedawno straciła swego męża, osobę którą kochała. Wiedziałem, że go kocha, zbyt dobrze mi to zaznaczała kiedy jeszcze osobiście się nie znaliśmy. Byłem durny myśląc, że jest ona gotowa na romans będąc mężatką. Miałem ochotę wyrwać sobie włosy z głowy i wszystkich innych miejsc gdzie się one znajdowały.
Byłem dupkiem.
Zapomniałem na chwilę jakiej kategorii kobiety była Amy.
Cholera jasna.
W dodatku to co wyrządził jej w życiu mąż. Zaatakował ją? Nożem? Co za chory skurwiel. Popełnił samobójstwo jeszcze bardziej raniąc Amy. Pieprzony egoista! Sam nie wiedziałem co lepsze byłoby czy to, że zmarł, czy to aby żył.
Cholera jasna...
A Tobie mówił, że to wszystko ułatwi. Chuj, a nie ułatwi. Albo po porostu miałem klapki na oczach.
Nie no bez jaj, widząc w takim stanie Amy jak mogłem myśleć o tym, że teraz łatwiej będzie mi ją zdobyć?
Cholera jasna!
Usiadłem obok niej na ziemi nie patrząc na nią, wplotłem palce we włosy. Sam nie wiedziałem co mam teraz z sobą zrobić. Moje oskarżenia były bezpodstawne. Kochałem ją i nie miałem prawa mieć do niej żal, że tęskni za zmarłym mężem. Jednak gdzie w tym wszystkim ja?
Poczułem jej dłoń na swoim przedramieniu. była zimna. Uniosłem głowę aby na nią spojrzeć. Klęczała przede mną zapłakana. Jęknąłem widząc ten widok.
- Prze...przepraszam... ja nie chciałam cię oszukiwać. Naprawdę... Nie ciebie.-mówiła to jąkając się. Złamała we mnie wszystko, znów kolejny raz łamała wszystkie moje zasady, dziwne życie... wszystko. Pustka w głowie jedynie kazała mi ją mieć przy sobie i bronić przed światem. Złapałem ją za biodra przyciągając do siebie. Przytuliłem Amy mocno do siebie, chowając w ramionach. Poczułem jej mokre policzki przez materiał bluzki. Moja wina, że doprowadziłem ją do płaczu.
Milczeliśmy długo, nie chciałem liczyć minut, najważniejsze było dla mnie aby się uspokoiła. W końcu jej oddech stał się spokojny, wręcz monotonny. Chciałem się jakoś poprawić ale wtedy zdałem sobie sprawę, że zasnęła w moich ramionach, a całe jej ciało jest wiotkie. Osunęła mi się nieco na kolana. Widziałem jak ma spokojną twarz, jednak podpuchnięte oczy od płaczu.
Pogładziłem jej policzki dłonią aby ją obudzić. Wtuliła się najpierw we mnie bardziej, jakby chciała się uchronić przed otwarciem oczu, dopiero po chwili mogłem spojrzeć w jej niebieskie tęczówki. Było widać, że zapomniała gdzie jest.
- Choć, zabiorę cię do domu.- szepnąłem całując ją w czoło.

Odprowadzałem ją pod drzwi w milczeniu. Kuśtykała obok mnie, jakby zawstydzona prawdą jaką mi powierzyła. Przy drzwiach, które otwarła poczułem że to tak wisieć w powietrzu nie może.
- Nie wiem co ci Su naopowiadała ale nie ma żadnego ślubu. Pewnie chciała ci z zazdrości dopiec... czy co.- wytłumaczyłem w końcu się odzywając.
Spojrzała na mnie z delikatnym uśmiechem, jednak oczy pozostały smutne.
- Nie ma czego mi zazdrościć.- stwierdziła wzruszając ramionami.
- Serio? - zapytałem nie wierząc jej.
- Jesteś jej chłopakiem, ma ciało modelki, pewnie miliony na kącie.- zaczęła wymieniać opierając się o framugę drzwi.
- Po pierwsze nie jestem jej chłopakiem. Już nie. Jej po prostu trudno zrozumieć że to koniec... A po drugie, to ciebie kocham.- nie wiedziałem czy mówić to Amy, przecież niedawno wyjawiła mi swój sekret. Musiałem jednak dać jej do zrozumienia, że to co przeszła nie zmienia moich uczuć do niej. Uciekła spojrzeniem, jednak widziałem jak pojawiają się na jej policzkach rumieńce.
- Przepraszam... jeśli to nie czas...
- Nie- przerwała mi, wzięła głęboki oddech aby spojrzeć mi w oczy.- Po prostu nie wiem co o tym myśleć.- zamyśliła się na chwile patrząc w nieznany mi punkt.- Wiem jedno... potrzebuje cię i tęsknie kiedy cię nie ma. Nie wiem... nie obiecuje... Po prostu... Wybrakowane, przeterminowane produkty tak mają.- chciała zażartować, jednak znów posmutniała. Pokiwałem głową z niedowierzaniem jakie brednie plecie i znowu ją do siebie przytuliłem.
- Idź spać bo głupoty mówisz.- spojrzałem na nią i posłałem oczko.
- A ty?
- Mnie się tak szybko nie pozbędziesz.- zaśmiałem się poruszając do niej brwiami w dwuznaczny sposób. Złamało to jej smutek i sama się uśmiechnęła odsuwając ode mnie.
- Biorę to za obietnicę i groźbę.- wytknęła mi dźgając mnie palcem w brzuch. Udałem, że mnie to strasznie boli.
- Idę już...- powiedziałem zapinając na powrót kurtkę.
- To idź.- odpowiedziała w oczywisty dla siebie sposób na przekór mi. O to cwaniara, a myślałem że chociaż mi zaproponuje kawę, poprosi abym został. Zmierzyłem ją wzrokiem próbując nie wybuchnąć śmiechem. Założyła ręce na piersi robiąc to samo ze mną.
- Czemu nie idziesz?- zapytała z drżącymi kącikami ust.
- Czekam...- odpowiedziałem jakby to było oczywiste.
- Na...?
- Abyś się ze mną pożegnała.- i nadstawiłem nieco policzek. Ona stuknęła się w czoło jakby o czymś zapomniała.
- A racja! To dobranoc!- rzuciła słodko i ruszyła za próg zamykając za sobą drzwi. Stanąłem jak wryty.
- Serio?- nie wierzyłem w to co właśnie się zadziało. Cisza panowała na korytarzu. Rozejrzałem się dookoła jakbym był w ukrytej kamerze. Serio?!
Uchyliła nieco drzwi mając włożony łańcuch. Przez szparkę widziałem ją roześmianą, jednak walczyła o to aby być poważna.
- Przecież to nie randka abym musiała dawać ci buziaka na dobranoc.
- Czyli liczysz na randkę? Ha mam cie!- złapałem ją za słowo tak jak ona pierwsza mnie. Uśmiech zeszedł jej z ust.
- Co? Ja? Nie.. Sebastian to nie tak...
- Jesteśmy umówieni!- rzuciłem posyłając jej całusa przez tą szparę w drzwiach i niczym zwycięzca powolnym krokiem ruszyłem korytarzem jej kamienicy. Usłyszałem jak otwierając się drzwi, a Amy wychodzi.
- Jesteś okropny!- rzuciła do mnie z daleka. Odwróciłem się i szedłem tyłem.
- A ty przeterminowana! 1:1- puściłem do niej oczko. Wywróciła oczami mając uśmiech na twarzy. Tak, w takim stanie mogłem ją spokojnie zostawić samą w mieszkaniu.
Taką chciałem ją pamiętać.


Zapraszam do komentowania! :)

piątek, 26 lutego 2016

13. On my own

Nie widziałam Sebastiana już dwa tygodnie. Czternaście długich dni, kiedy to nie wiedziałam co się z nim działo. Może przesadziłam? Może powinnam mniej mówić. Było mi coraz bardziej głupio, przecież nie miałam do niego żadnych praw. Sam stwierdził, że będzie moim przyjacielem, a przyjaciel ma prawo być z kim chce, nawet wyznając mi miłość. To, że był nielojalny w stosunku do tamtej dziewczyny... to już jego problem. Tęskniłam za nim, naprawdę.
Siedziałam w kwiaciarni stukając paznokciami w szybkę telefonu, zastanawiając się czy do niego napisać. Może rozmowa by wszystko załatwiła? Chociaż... nadal kłębiła się we mnie złość za to co powiedział na odchodnym. Niby go kocham i nie chce się przyznać. Śmiechu warte...
A raczej chciałam się z tego śmiać a nie potrafiłam. Cholera jasna z tym Sebastianem!
Wzięłam dłoń z telefonu i zaczęłam nerwowo bawić się obrączką, która wisiała na mojej szyi. Było już ciemno za oknami kwiaciarni, a ja nadal musiałam tkwić w szynie. Cholerna noga! Ludzi niemal nie było widać. W momencie kiedy przyszło mi do głowy aby szybciej zamknąć kwiaciarnie, drzwi zadzwoniły. Uniosłam wzrok.
Przede mną ukazała się kobieta, wyglądająca jak niejedna z magazynów modowych. Długie rude włosy miały w sobie kawałki śniegu, krótka sukienka ukazywała długie chude nogi. Ja siedziałam w grubym wełnianym swetrze, a i tak było mi zimno. Podziwiam taką odporność na zimno.
- Dzień dobry.- przywitałam ją wstając z krzesła. Jej oczy na mnie stanęły i szeroko się uśmiechnęła.
- Ooo witam.- powiedziała przyjaźnie, niemal jej głos był przesłodzony.
- W czymś mogę pomóc?- zapytałam widząc, że nawet nie rozgląda się po kwiaciarni tylko się mi przygląda. Dziwne.
- Emm... czemu nie!- klasnęła w dłonie podchodząc do lady. Od razu poczułam zapach jej ciężkich perfum. Ok, nie mnie oceniać klient nasz pan. Kobieta nadal się we mnie wpatrywała. O co jej chodziło?
- W takim razie?
- Byłam w biurze państwa firmy i chciałam zorganizować wesele. Mam za dużo na głowie, wie pani...-uśmiechnęła się do mnie. Pokiwałam głową z zrozumieniem czekając na więcej informacji.
- Słyszałam od znajomych, że jest pani najlepsza. Właścicielka firmy kazała mi panią tu odnaleźć i jestem.- znów poraziła mnie białością swoich zębów.
- Em... bardzo mi miło.- nie często zdarzało mi się aby ktoś dokładnie chciał mnie do organizacji ślubu. Miłe zaskoczenie. - A narzeczony nie będzie uczestniczył w spotkaniu? Możemy zawsze przełożyć spotkanie.- zaproponowałam. Zawsze wolałam znać obie strony.
- Niestety, jest sam bardzo zapracowany. Ma na głowie nowe zlecenie, ale całkowicie oddaje się w moje ręce i decyzje.- odpowiedziała dotykając moją rękę. Ok, kolejna dziwna rzecz. Odchrząkałam odsuwając się od niej. Dziwna baba.
Przeszłyśmy jednak do tematu ślubu: gdzie, kiedy, jaka sceneria, jakie ozdoby, kwiaty. Tak naprawdę udało nam się przerobić wszystko co dotyczyło planowania ślubu. Zapisywałam wszystko dokładnie na umowie w końcu doszło do momentu kiedy należało wpisać dane przyszłych małżonków.
- Ok teraz proszę mi podać pani imię i nazwisko.- poprosiłam skupiając się na papierkowej robocie.
- Su Berry.
- Mhm... a teraz narzeczonego.
- Sebastian Johnas.
Zamarłam, a długopis wypadł mi z dłoni na ladę. Spojrzałam na rudowłosą, a jej uśmiech nie znikał. Su... Nigdy nie wiedziałam jak wygląda a teraz. Zabrakło mi powietrza w płucach. Stała przede mną... planuje ślub z Sebastianem. W momencie mogłam porównać gdzie mi tam do niej.
- Witaj Amy...- powiedziała niskim głosem, który doprowadzał mnie do gęsiej skórki.
- O co w tym wszystkim chodzi?- zapytałam zdezorientowana.
- Planuje ślub mój i Sebastiana... Tu podpisać?- zapytała przejmując umowę i długopis. Nie zdążyłam nic powiedzieć, a ona podpisywała już dokument. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami.
- Nie jest już twój. Zapamiętaj to sobie dziwko...- odpowiedziała puszczając do mnie oczko. Zaraz po tym wyszła z kwiaciarni.
Co do diabła!?
Wzięłam umowę do ręki i od razu podarłam ją w drobny mak. Nawet jakby Sebastian miałby brać ślub z nią... nie! Nie dołożę do tego ręki! Serce z nerwów biło mi jak szalone.
Minęło może pięć minut, a przede mną leżała podarta umowa. Znów usłyszałam dźwięk dzwonka. Oby to nie była ona... oby to nie była ona. Unosząc wzrok.
- Sebastian.- powiedziałam z ulgą, nawet nie wiedząc kiedy złapałam się za obrączkę na szyi. Spojrzał na mnie dziwnie, jakoś tak... niemiło. Zerknął na trzymaną w moim ręku obrączkę i prychnął.
-Ten dzień jest już za dziwny... nie uwierzysz kto tu był.- chciałam aby był moją ucieczką od tego co przed chwilą przeżyłam. Wyszłam zza lady i podeszłam do niego, on jednak zrobił krok do tyłu. Zmarszczyłam brwi. Ok, może nadal nie przeszło mu za tamto wydarzenie z sylwestra.
- Kolejna wyimaginowana osoba?- zapytał zakładając ręce na tors mrożąc przy tym oczy.
- Co? Nie... Su tu była... Chciała podpisać umowę na wasz ślub. O co chodzi?- zapytałam niemal błagając go. Jego mimika twarzy się zmieniła, był równie zaskoczony co ja.
- Żartujesz...
- A czy żartowałabym z czegoś takiego? Po za tym nie kłamie w takich poważnych sprawach.- przyrzekłam. Dla mnie to nie było nic przyjemnego, jednak jego reakcja dała mi nadzieje, że jednak nie bierze z nią ślubu.
Sebastian nagle zaczął się śmiać i podszedł do mnie biorąc w palce moją obrączkę.
- A jak się miewa twój mąż?- zapytał nadal wpatrując się w obrączkę. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Wpatrywałam się w jego twarz uważnie. Ten dzień zbyt szalony.
- Czemu nagle interesujesz się moim mężem?- zapytałam obawiając się tego pytania.
- Bo może...- i wtedy urwał szarpnięciem mój łańcuszek. Zabolało to strasznie.- On nie żyje.
Zamarłam.
- Ale...-jęknęłam
- Skąd wiem? Najważniejsze dla ciebie powinno być to że nie ty powiedziałaś mi prawdę. Ty... która tak bardzo o nią walczyłaś. Śmieszne co nie?- nie uśmiechnął się nawet. Znowu zaszły mi oczy łzami.
- Chciałaś mnie zbyć to mogłaś powiedzieć w prost a nie zasłaniać się mężem nieboszczykiem. Pewnie przewraca się chłop w grobie.- patrzył mi prosto w oczy. Bolało jednak nie umiałam się odezwać. Widziałam że nawet Sebastiana tym zraniłam.
- Chyba... z nami koniec.- szepnął oddając mi obrączkę.
Odwrócił się ode mnie plecami i ruszył w stronę drzwi. Nie potrafiłam mówić o śmierci męża, nawet niewiele pomogła mi pani psycholog, czy leki antydepresyjne. Tak wiele straciłam przez ostatnie pół roku. Sebastian był moją nadzieją, która właśnie odchodziła...
- Proszę...- szepnęłam, słysząc jak otwiera drzwi. Spojrzał na mnie przez ramię.
- Amy.- jakby mnie prosił abym dała już spokój.
- On popełnił samobójstwo... ja...- westchnęłam przyjmując łzy na policzki. Zasłoniłam się dłońmi nie chcąc aby widział mnie w takim stanie. Drzwi się zamknęły. Nic nie słyszałam. Wyszedł? Został? Nic, cisza. Otarłam łzy. Uniosłam mokre powieki. Sebastian zasłaniał właśnie drzwi i zmieniał tabliczkę z otwarte na zamknięte. Podszedł do mnie i widziałam, że parzył na mnie uważnie, jego oskarżenie się zmniejszyło. Dostałam szansę? Ale czy umiałam ją wykorzystać?
- To dla mnie... On zniknął...- zagryzłam dolną wargę jakby to miało mi pomóc. Usiadłam na ziemi bez jego pomocy. Zamknęłam oczy, chciałam być z moimi myślami sama, a on jedynie milczał. Przykucną niedaleko mnie.
- Umarł... Siedem miesięcy temu. Nagle wszystko się dla niego zmieniło.- westchnęłam. Rzadko kiedy mówiłam o nim.- Po zakończeniu z tobą... wiesz, że on wiedział o tobie. Byłam niesprawiedliwa, a on cierpliwy... Kochał mnie, rozumiał wszystko... Jedno co było prawdziwe... kochałam go. Nigdy bym go nie zdradziła, wiedział o tym. Był tym jedynym na wieki... Myślałam, że na wieki. Jednak za szybko los mi go odebrał...- szepnęłam ostatnie słowa cicho. Długo milczałam zbierając myśli.
- Zmienił się z dnia na dzień. Ostatni miesiąc jego życia... Nie wiem co się z nim działo. Nie rozumiałam jego myśli. Było już dobrze, nie myślałam o tobie, byłam znów jego Amy... ale... Nie mógł wymyślić rzeźb, na kilku wystawach go wyszydzili, to ja zarabiałam na rodzinę. Nie wytrzymywał presji. A ja głupia myślałam, że to chwila... minie.- otarłam łzy z policzków.
- Jego nerwy nie miały ulotu... raz nie wytrzymał...- głos na powrót zaczął mi drżeć. - Podniósł nóż... Był zdernerwowany... Nie kontrolował się...
- Zrobił ci coś?- dopiero teraz Sebastian się odezwał.
- On nie chciał...- dodałam od razu patrząc na niego jednak widziałam jak cały się napina z zdenerwowania.- Kiedy trafiłam do szpitala...- zawiesiłam głos nigdy nie potrafiłam powiedzieć tych słów. Patrzyłam martwo przed siebie.
- Zabił sie...- wydukałam



Zapraszam do komentowania.

czwartek, 25 lutego 2016

12. Torn Apart

Wszedłem do swego hotelowego zamykając z trzaśnięciem drzwi. Cały czas z moich ust wybiegały przekleństwa i nie potrafiłem przestać. Nie w stosunku do Amy, chociaż ta cała sytuacja już i tak dawała mi w kość. A przecież obiecałem jej jednocześnie, że będę jej przyjacielem, koniec kropka. A teraz zebrało mi się na przekonywania jej do tego co ona czuje? No litości. Sam byłem sobie winien. Cholera jasna, widziałem przecież, że sama do mnie ciągnie, a jednocześnie przecież był jej mąż. Co za chora sytuacja!
Jeszcze się wysrała Su z tym sms. W sumie spodziewałem się, że będzie chciała mnie zabić za to zniknięcie, ale bez przesady aby nazywała Amy dziwką. Zdawało mi się, że ciągnę dwie sroki za ogon i przez to nic mi się nie udawało. Miałem do wyboru zakłamany świat w którym królową była Su lub też ten, w którym naprawdę kochałem pierwszy raz w życiu jakąś kobietę i była w nim zamężna Amy.
Niby nowy rok, nowy ja i sranie w banie, a z każdą minutą gdy wpatrywałem się w sufit miałem już serdecznie dość tego co szykuje dla mnie nowy rok. Słyszałem jedynie szum w tyle głowy, byłem zbyt otępiały bym mógł go jakkolwiek przypisać.
Wtedy ktoś zapukał do drzwi. Jęknąłem nie chcąc nikogo widzieć na oczy. Miałem szczerze dość i zbierałem siły by na nowo móc stanąć twarzą w twarz z Amy. Pukanie się nasiliło.
- Kurwa...- wstałem podciągając się na rękach i podszedłem do drzwi. Za progiem stał Tobie, grubszy rudowłosy mężczyzna. Najlepszy przyjaciel.
- Nie tym razem.- zaśmiał się wchodząc do pokoju bez pytania. Typowe dla niego.
- Jeszcze ciebie tu brakowało.- zamknąłem drzwi bezsilnie.
Zastanawiałem się jakim cudem rudzielec zjawił się w moich progach tak dalekich od miasta w którym oboje mieliśmy domy.
Tobie spojrzał na mnie jednak z tym sowim przebiegłym spojrzeniem, a na ustach pojawił się uśmieszek.
- Zaraz mi podziękujesz za wszystko co ci powiem.- klasnął w ręce jakby właśnie miał mi sprzedać największą plotkę świata. Usiadłem bezsilnie na krześle chowając twarz w dłonie.
- Co znowu wymyśliłeś?
- Chodzi o Amy... to co powiem rozwieje wszystkie twoje problemy.
Uniosłem głowę aby spojrzeć na niego. Jakim cudem i o co mu chodzi? Owszem Tobie był świetnym informatykiem i właśnie to dzięki niemu odnalazłem Amy. Nie sądziłem, że jeszcze szuka o niej informacji.
Zapadła cisza, bałem się zadać pytanie, co jeśli odpowiedź by zmieniła to wszystko w jeszcze bardziej zagmatwaną sprawę. I znów słyszałem ten szum. Zmarszczyłem brwi.
- Ty puszczasz wodę?- zapytał Tobie patrząc w stronę drzwi od łazienki.
- No co ty...-jęknąłem. A więc może ten mój szum to nie błąd w mózgu czy nerwy. Tobie ruszył powolnym krokiem do łazienki i otworzył drzwi na oścież.
W środku stała Su w ręczniku.
Oczy zrobiły mi się wielkie, a z zaskoczenia zabrakło mi słów. Nie rozumiałem co ona tu robi. Przyjaciel spojrzał na mnie, sprawdzając czy coś wiem o jej obecności. Potrafił wyczytać moje emocje z twarzy.
- Hej chłopaki!- zaćwierkała słodko Su rozczesując długie rude włosy.- Kochanie wreszcie wróciłeś!- rzuciła w moją stronę niczym ukochana żona czekająca na męża. Przeszły mnie niemiłe dreszcze po plecach.
- Co ty tu robisz?!- wstałem z miejsca. Tego było już za wiele, całą noc do mnie dzwoniła i wysyłała sms, a teraz to?
- No jak to co? Przecież nie wiedziałam gdzie jesteś... postanowiłam na ciebie tu zaczekać. Myślałam że się ucieszysz.- wyszła z łazienki kierując się w moją stronę. Tobie patrzył na to wszystko oniemiały. Zdałem sobie sprawę, że to wszystko idzie w dziwną stronę. Wszystko nabierało chorego wydźwięku.
- Ale ja ciebie nie chce.- powiedziałem odpychając ją od siebie. Spojrzała na mnie przebiegle.
- Co? Mocno ci wyciągnęła chuja, że teraz ci zaćmiło umysł?
- Słucham?- zmarszczyłem brwi, nie wierzyłem, że tak potrafiła się odezwać zwłaszcza względem Amy
- Pieprzona wdówka, te to mają usta jak odkurzacz.- zaśmiała się rudowłosa. Chciałem przywołać ją do porządku, nie pozwolę nikomu obrażać kogoś kogo kocham zwłaszcza jeśli to nie jest prawda. Jednak pewne słowo wróciło do mnie z opóźnieniem.
- Wdówka?- niemal zadławiłem się tym słowem.- Co ty kurwa znowu pierdolisz?- podniosłem ton wkurzony. Wiedziałem, że Su jest wstanie wymyślić największą plotkę byle obrzydzić mi Amy. Ona jedynie uśmiechała się chytrze zagryzając dolną wargę.
- Co, nie powiedziała ci, że jej mężuś jest już zimny i jedzą go robaki?- zakpiła.- A jednak nie jest tak prawdomówna jakbyś chciał aby była?- zapytała podchodząc do mnie. Byłem w szoku i walczyłem z myślami. Czułem się jakbym był po za tym wszystkim co odbywało się w pokoju hotelowym.
- Ehem...- odchrząknął Tobie zwracając na siebie moją uwagę. Był poważny, a jego uśmiech zniknął.
- To nieprawda co ona mówi...- mówiłem przekonany, jednak mina przyjaciela wyrażała jedno. Przekląłem na cały pokój, a Su wybuchła śmiechem.
- Chciałem ci to powiedzieć...- rudowłosy się obwiniał o zaistniałą sytuację. Nie chciałem już nic słyszeć. Miałem dość. Dlaczego Amy nic mi nie powiedziała? Co do cholery siedziało jej w głowie? A mnie nazywała kłamcą?! Miałem dość, serdecznie dość.
- Wypierdalać! Już!- wskazałem tej dwójce drzwi. Su nie przeszkadzało że wychodzi w ręczniku na hol, wręcz przeciwnie wciąż się uśmiechała. Tobie podszedł do mnie.
- Nie wkurzaj się tak.. zwłaszcza na Amy...- prosił. Nie chciałem go słuchać.
- Wyjdź.- mówiłem przez zaciśnięte zęby.


Zapraszam do komentowania.

poniedziałek, 22 lutego 2016

11. Hello, goodbye

Wstałam z bólem głowy. Przeklęty kac, przeklęty szampan, wszystko obecnie było przeklęte. Nawet to światło za oknami, było przeklęte. Z westchnięciem wstałam z łóżka. W wytarmoszonej koszuli, godnej hydraulika lub też drwala, i czarnych leginsach. Wyglądałam koszmarnie. Idealne odwzorowanie tego co obecnie czuła ma dusza. Uśmiechnęłam się sztucznie do lustra, że niby to pomaga. Niby... to mówiła moja pani psycholog. Jakoś w to nie wierzyłam.
Poczłapałam do drzwi od sypialni i stanęłam jak wryta. Na kanapie bez koszulki i spodni leżał on. Momentalnie chciałam zrobić krok za siebie, chwilowe zamglenie umysłu spowodowało, że nie pamiętałam o sylwestrze. No tak... pozwoliłam mu nocować. Nie spodziewałam, że tak się ugości na tej niewielkiej kanapie.
Szczerze powiedziawszy, może sztuczny uśmiech nie poprawił mi humoru, jednak półnagie ciało takiego mężczyzny w moim mieszkaniu już tak. Poczułam się jak zawstydzona dziewica, która płonie ogniem piekielnym, przynajmniej tak piekły mnie policzki.
Zagryzłam dolną wargę i podeszłam do okna w części kuchennej aby chociaż trochę wywietrzyć. Nalałam do kubka z królikiem sok pomarańczowy i wskoczyłam na szafkę kuchenną z której miałam nawet dobry widok na Sebastiana. Jego blond włosy spoczywały na zarośniętej przez noc twarzy. Upiłam łyk, czując zimno wiejące na plecy.
Wciąż huczały mi na nowo słowa jakie wypowiedział. Nie byłam niestety na tyle pijana aby o nich zapomnieć. Niestety. Chciałabym o nich nie pamiętać. Westchnęłam chowając twarz w wolną dłoń. Cholera jasna, czy on musiał tak sprawiać abym wariowała? Byłam przecież już jakoś ustawiona w życiu, nie chciałam zmian. Już i tak wiele "wybuchów, pościgów i ataków gangu" przeżyłam, niczym w dobrym amerykańskim filmie, w którym grał Leonardo, więc i tak nie dostanie żadnego Oskara. Tak, chciałam aby moje życie nie dostało Oskara czy też innej nagrody. Był "Leonardo" i nie potrzebowałam żadnego dublera... Spojrzałam na zdjęcie, które wisiało obok mnie na ścianie. Z ramki spoglądał na mnie uśmiechnięty Phil.
- Wiesz, że cie kocham...- szepnęłam widząc ukochane oczy. jednocześnie spojrzałam na Sebastiana. To było za trudne. Nie potrafiłam sobie sama tego poustawiać w głowie. Ostatnimi czasu nie myślałam o mężczyznach, o tym, że jakiś sprawi, że się uśmiechnę, a co dopiero, że drgnie mi serce. Sebastian jak lodołamacz to zrobił. Może dlatego, że już wcześniej zakiełkowało we mnie coś... Nie, ja nie potrafiłam...
Usłyszałam jak chrapnął przewracając się na drugą stronę. Umknęły mi myśli. Nie chciałam myśleć. Skomplikowane rzeczy mogły się same rozwiązać... może. Dopiłam do końca soku i zeszłam z szafki uważając na nogę.
Podeszłam do koca, który leżał na ziemi i zwinęłam go w kłębek stając nad Sebastianem. Powinnam go obudzić. A jednak. Uhhh durne uczucie! Gdybym potrafiła go malować tak jak on, byłby nieokreślonym dziełem. Idealnym. Zbyt seksowny, zbyt ochoczo wyglądał. Jakim cudem on nikogo nie miał? Dlaczego? Co z nim musiało być nie tak? Dlaczego powiedział co powiedział w nocy? Dlatego był sam aby być ze mną? Na prawdę chciał mnie kochać?
Tyle durnych pytań, a moja głowa była za mała. Za moimi plecami zabrzęczał telefon. Odwróciłam się, połączenie od Su. Zamarłam, a usta same mi się otwarły. Wiedziałam kim jest Su. Zmroziło mnie, a koc upadł miękko na ziemię. Dziewczyna Sebastiana. Nie byłam wstanie nic zrobić. Dopiero gdy wibracje ucichły oczyściły mi się myśli. Nie był ze mną szczery. Był nadal z nią. Wzięłam telefon do ręki i wtedy wyświetlił się sms właśnie doszedł.
" Jeśli uciekłeś z naszego sylwestra do tej swojej dziwki to nie ręczę za siebie! Pożałujesz!"
Miałam wielki szacunek do siebie i nikomu nie pozwolę na traktowanie mnie tak.
- Twoja dziewczyna do ciebie dzwoni.- rzuciłam telefonem w tors Sebastiana. Ten podskoczył wyrwany z snu.
- Co jest? Co się dzieje!?- mówił zdezorientowany.
- Twoja dziewczyna pyta czy jesteś u TEJ dziwki. Warto jej odpisać, jak myślisz?- momentalnie byłam gotowa do walki.
- Co do diabła?- usiadł na kanapie marszcząc brwi. - Czytałaś moje sms?- zapytał odgarniając włosy z twarzy.
- Nie musiałam...- założyłam ręce na piersi, jakbym chciała się bronić. Szybko odblokował telefon i rzucił okiem na sms.
- Amy to nie tak..- westchnął rozumiejąc coś co dla mnie nie było jasne, Tak jakby poczuł jakąś ulgę.
- Jak? Jak kurde? Masz dziewczynę... Masz SU! Swój wolny związek! Najlepsza przyjaciółka, układ! Nie mówiłeś tak o niej?! Zapomniałeś? Zostawiłeś ją aby tu...co? Pobawić się? Bo do niej zawsze wrócisz, a nowa zabawka nie może uciekać?- mówiłam szybciej niżeli zbierałam myśli.
- Amy!- krzyknął jakby chciał mi przerwać.
- Po jaką cholerę bawisz się mną! Czemu!?- podeszłam do niego i pchnęłam go w tors. Łzy same popłynęły mi po policzkach z nerwu.
- Nie bawię się tobą! Skąd ci to przyszło do głowy?!- chciał złapać moje nadgarstki ale odsunęłam się w porę.
- Nie pamiętasz?
- Czego?- westchnął.
- Niby spędzałeś sylwestra z osobą którą...- nie przeszło mi przez gardło kolejne słowo.
- Bo tak było!- odpowiedział od razu. Moje oskarżenie nie uciekało z twarzy. - Nie wierzysz mi...- odgadł.
Spojrzałam w bok.
Głośne przeklniecie wyrwało mu się z ust. Szarpnięciem podniósł spodnie z ziemi oraz koszulę. Ubrał się w nie.
- Nie wierzysz bo sama nie chcesz się przyznać przed tym co czujesz.- stwierdził jakby miałby czytał mi w myślach. Nie mógł, jak?! Jakim prawem. Poczułam jak policzki znów robią mi się gorące.
- Wynoś się z mojego mieszkania!- krzyknęłam.
Sebastian spojrzał na mnie uważnie ubierając płaszcz. Jego spokój na twarzy mnie przerażał.
- Ciekawy jestem ile razy powiesz mi że mam się wynosić zanim powiesz mi że mnie kochasz...- wziął swój telefon i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Musiałam przytrzymać się kanapy by nie stracić gruntu pod stopami.
Cholera jasna.


Zapraszam do komentowania. 

poniedziałek, 15 lutego 2016

10. Take me to church

Garnitur, dokładnie przystrzyżona broda, włosy zrobione na wzór polizanego czoła przez krowę na pastwisku.
Sylwester. Właściwie chyba tylko jeden aspekt sprowadził mnie tutaj. Amymiała męża, widziałem go, słyszałem. Dotąd był wizualizacją w mojej głowie, a teraz... Widziałem, że o nią dba i nie jest sama. Czy mogłem czegoś od niej wymagać? Nie. Mogłem być tylko jej znajomym.
Dlatego zgodziłem się na wieczór spędzony w gronie rodziny Su. Znów byliśmy parą. Znów kładłem dłoń na jej biodro, odsuwałem krzesło kiedy siadała. A jednak w środku wszystko się burzyło. Widziałem sztuczność w tym wszystkim. Kawiory, szampany. Rozmowy o polityce, które tylko miały swój określony schemat. Nikt nie mógł się poza niego wychylać.
Więcej milczałem niżeli rozmawiałem. Jedynie od czasu do czasu Su pod stołem dotykała mego uda robiąc to w dwuznaczny sposób.
Miałem szczerze dość. Kobiety które zdradzały mężów oraz były zdradzane. Wszyscy, jednak trzymali się tej drugiej osoby bo rozwód znaczyłby mniejszą pulę dochodów na rozjebanie.
Sztuczność.
Nagle zadzwonił mój telefon. Myślałem, że to moja menadżerka, miała ona umiejętność do dzwonienia w dziwnych porach dnia i nocy. Przeprosiłem pozostałych, chyba po raz pierwszy dając im znać, że tu jestem. Wyszedłem do ogrodu.
Śnieg ciągle sypał i było zimno. No trudno.
Uniosłem brwi widząc na wyświetlaczu: Amy.
- Hej, coś się stało?- zapytałem nie kryjąc zdziwienia że dzwoni.
- Nieee... dzwonię aby złożyć ci życzenia noworoczne. Nie wiem co tam sobie z kim robisz więc wolałam za w czasu dzwonić.- zaśmiała się w dziwny sposób.
- Aaaha....-pokiwałem głową jakbym wszystko rozumiał. Nie, nic nie rozumiałem.
- Nooo więc wszystkiego najlepszego! Abyś mazał te swoje obrazy i... akty... bo czemu nie malujesz akt jeżeli jesteś takim seksiorem? No właśnie... czemu jesteś taki.... - mówiła w specyficzny sposób dla osób upitych. Uśmiechnąłem się. O dziwo jej sposób upojenia alkoholowego mi nie przeszkadzał. Zagryzłem dolną wargę słuchając ją dalej.
- No i abyś spędzał nowy rok z osobą, którą kochasz i był szczęśliwy...- wymieniała. Wtedy spoważniałem, a po plecach przebiegły mi dreszcze, nie te spowodowane z zimnem.
- A jak tam twój sylwester?- zapytałem pomijając temat życzeń. Czego mogłem jej życzyć? Pożycia małżeńskiego? Dzieci? Nie...
- Aaaaa siedzę sobie i oglądam seriale... i... wypiłam dwie lampki szampana ale niepotrzebnie brałam leki na ból nogi... i czekam na zamówione jedzenie... ale chyba za dużo zamówiłam.. i tak sobie siedzę sama...
- Sama?- powtórzyłem za nią.
- Mhm... sama jak palec, ale to kłamstwo bo palców jest pięć... jak palec może być sam? Chyba że chodzi o kciuka, że on rośnie tak z boku, a nie obok koło pozostałych braci palców...- zaczęła tłumacząc. Dla mnie jedynie zapaliła się czerwona lampka. Była sama w sylwestra. Sama... bez męża. Jeśli była wzięta, to nie było sensu jej wypytywać.
- Ok, Ros ja muszę kończyć.- rzuciłem mając już plan w głowie.
- Już? No dobrze...- westchnęła nieco smutno i się rozłączyła.
Nie miałem ochoty żegnać się z rodziną Su, a nawet z nią. Uciekałem. Wziąłem swoją kurtkę i wsiadłem do samochodu. Dzieliła mnie od Amy godzina drogi, powinienem zdążyć przed wybiciem północy.
Zapewne złamałem więcej przepisów niżeli miałem w zamiarze. Warto było. Z pustymi rękami stanąłem przed drzwiami jej mieszkania i zapukałem. Już myślałem, że gdzieś tam usnęła kiedy otworzyły się drzwi. Znów była w piżamie i to był dla mnie najlepszy widok po tej całej maskaradzie u Su.
Uśmiechnąłem się szeroko i bez jakichkolwiek słów przytuliłem ją do siebie.
- Eeeej myślałam że to jedzenie! Okłamałeś mnie!- zaczęła marudzić, jednak jej oczy robiły się wesołe. Podtrzymałem ją za biodra kiedy nieco się zachwiała. Nie wiem czy to z racji szyny na nodze czy alkoholu, nie ważne. Kopniakiem zamknąłem za sobą drzwi i usadziłem Ros na kanapie.
- Co ty tu robisz? Byłeś gdzieś z kimś?- pomimo że pewnie chciała abym był szczęśliwy na jakiejś imprezie widziałem jak świecą jej się oczy że ktoś jest przy niej.
- Nawet kciuk rosnący na boku nie jest sam.- posłałem jej oczko.
Niedługo po tym znalazł się przed jej drzwiami dostarczyciel z jedzeniem. Miał chłopak nie lada pracy w taki dzień, dlatego dałem mu super napiwek. Mogłem już spokojnie spędzać czas z Amy. Leżeliśmy na kanapie, obżerając się niezdrowym jedzeniem oraz oglądając komedie. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy. Wszystko było tak przyjemnie naturalne. Nie musiałem trzymać się żadnych reguł Amy akceptowała mnie takim jakim jestem, a nie za to co mam. Szkoda, że dopiero teraz to rozumiałem. Wcześniej obawiałem się, że interesuje się mną tylko z powodu na mój prestiż, pieniądze i sławę. Nic z tych rzeczy. Otwarła pewien nowy świat.
W końcu przyszła godzina 00. Zaczęły bić dzwony, oraz wybuchać fajerwerki. Staliśmy na niewielkim balkonie nie wiedząc gdzie mamy patrzeć. W dłoniach mieliśmy kieliszki, jednak jednym ramieniem obejmowałem ją. Telefon gdzieś tam leżał wyłączony, nawet nie chciałem wiedzieć jak bardzo Su będzie chciała mnie zabić.
Kiedy wszystko powoli cichło Amy westchnęła. Spojrzałem na nią unosząc brew.
- Co jest?- zapytałem odwracając się do niej i biorąc łyk zimnego szampana.
- No bo miałeś spędzić ten dzień nowego roku z osobą, którą kochasz, a nie ze mną...- mówiła patrząc wszędzie byle nie na mnie. Zagryzłem wargę i złapałem jej wzrok.
- Wiem, że cie wkurzę ale... spędzam go z osobą, którą kocham.- mówiłem to niższym głosem niżeli chciałem. Jej oczy zabłyszczały i zaczerwieniły jej się policzki. Zacisnęła usta milcząc cały czas.
Musiałem spróbować. Była taka piękna, jak zakazany owoc. Odłożyłem kieliszek na bok i dotknąłem jej policzka. Przysunęła się dobrowolnie do mnie. Zbliżyłem swoją twarz do jej jednak się zatrzymałem. Przyrzekałem jej coś.
Pocałunek więc spoczął na jej czole.


Zapraszam do komentowania!

czwartek, 11 lutego 2016

9. One call away

Dotknęłam walącego serca w mojej piersi, patrząc na Sebastiana.
Za każdym razem wyglądał inaczej. Teraz wydawać by się można, że przed chwilą wyszedł z swego azylu, gdzie malował obrazy. Bluzka pod kurtką oraz spodnie były ubrudzone różnokolorowymi substancjami, a dłuższe włosy spięte na czubku głowy w męskiego kucyka, a nie jakąś cebulę.
Lekki zarost dodatkowo pokazywał jego "surową" wersję. Zacisnęłam usta.
Nie to było teraz ważne.
- Co ty tu robisz? Jak tu wlazłeś?- może brzmiałam nieco zbyt niemiło, ale przecież nikt nie miał mojego klucza. Od razu wyciągnęłam słuchawki z uszu, bo nadal tam one tkwiły.
Sebastian patrzył na mnie z dziwnym zainteresowanie, a na jego ustach zaistniał delikatny pół uśmieszek.
- To raczej ja powinienem zapytać czemu mi nic nie powiedziałaś o wypadku?- wszedł do mojej sypialni ściągając kurtkę, i kładąc ją na krzesło. Patrzyłam na niego marszcząc brwi. Czuł się jak u siebie?
- Wykorzystujesz moją bezsilność?- zapytałam. Ah ta nasza rozmowa. Usiadł na łóżku na przeciw mnie zakładając ręce na tors.
- Nie zmieniaj tematu.- uniósł badawczo brew, zerkając jednocześnie na moją nogę w szynie.
- Serio? Że niby ja?
On jednak znów się uśmiechnął, niczym młody nastolatek, a nie dorosły mężczyzna mający trzydzieści jeden lat.
- Byłem w kwiaciarni i Ros mi powiedziała. Ot cała historia.- wzruszył ramionami, jednak wiedziałam, że nie wszystko jest domówione. Przechyliłam głowę na bok zamykając laptop. Jego niebieskie oczy znów spojrzały na moją twarz i uśmiechnął się szeroko.
- Powiesz mi wreszcie co z tobą i czemu ja nic nie wiem?- dopytywał.
- Nie wyglądasz mi na kogoś kto się mną przejmuje.- zauważyłam opierając się o poduszkę. Kręgosłup już mnie zaczynał boleć od tego siedzenia i leżenia, a to dopiero pierwszy dzień. Nawet nie czułam za to przez leki bólu nogi. Cudotwórcze zastrzyki przeciwbólowe. Na moje słowa nagłe spoważniał. Uśmiech zniknął a oczy zwęziły się.
- Najgorsze myśli już za nami. - wzruszył ramionami.
- Najgorsze?- powtórzyłam jak echo za nim.
Nie byłam świadoma, że jakkolwiek mogła na niego wpłynąć moja wiadomość o tym, że coś sobie zrobiłam. Nie wiem, jakoś wszystko było dla mnie jednym wielkim znakiem zapytania. Niby byłam świadoma jakiś jego emocji względem mnie ale... było jedno wielkie ale.
Sebastian westchnął siadając już koło mnie, ramię w ramie. Głowę przechylił tak aby na mnie spojrzeć. Dopiero wtedy mogłam dostrzec, że ten uśmiech nie do końca jest szczęśliwy. Uniósł dłoń aby pogładzić mój policzek.
- Oj Amy, Amy... ja przez ciebie bym zrobił rewolucje w kwiaciarni, a ty myślisz, że się tobą nie przejmuję? Nawet jak wchodziłem do twojego mieszkania to nie wiedziałem w jakim stanie cię zostanę...- wciąż jego niebieskie oczy były we mnie skierowane. Zrobiło mi się dziwnie ciepło na podbrzuszu. Uśmiechnęłam się delikatnie. A jednak obchodziłam go coś... Coś więcej. Przymknęłam oczy czując ciepło jego słoni, wtulając w nią policzek.
- Amy!- usłyszałam męski, znajomy głos wydobywający się z salonu.
Otwarłam oczy rozpoznając, kto to mnie odwiedził. Jednak Sebastian jakoś oniemiał. Od razu opuścił dłoń i wstał z łóżka. Nie rozumiałam jego zachowania. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć,  Michael pojawił się w mojej sypialni.
- Hej rozrabiako...- przywitał mnie szerokim uśmiechem. Wtedy zauważył Sebastiana. Cisza jaka zapadła, mogłaby być krojona na miliony kawałeczków. Sebastian odchrząknął dziwnie się zachowując, coraz bardziej dziwnie.
- Ja... ja chyba nie będę przeszkadzał.- odpowiedział niskim, poważnym głosem. Gdzie się podział jego uśmiech? Już miałam ochotę zacząć krzyczeć z tego co działo się w mojej głowie. Pustka, jedna wielka pustka.
- Nie, spokojnie... Wyskoczyłem jedynie z pracy aby przywieźć Amy jedzenie.- wyjaśnił kładąc na moje kolana ciepłą tortille zawiniętą w srebrną folię. Gdy tylko poczułam jej zapach miałam ochotę się rozpłynąć.
- Rozpieszczasz mnie! Będę gruba!- jednak serce mi się roztapiało. Michale naprawdę o mnie dbał gdy tylko mógł. Podszedł do mnie dając mi buziaka w włosy.
- Za dużo oglądałem z tobą Szybkich i Wściekłych, to teraz muszę ponosić tego konsekwencje.- puścił do mnie oczko po czym spojrzał na mego drugiego gościa. On nadal stał poważny w kącie pokoju, patrząc na nas z pewną niechęcią i bólem. Zamilkłam.
- To ja lecę do pracy. W każdym razie, Amy wychodzę tak jak zwykle. Zrób mi listę co trzeba kupić i wyślij sms.- powiedział na odchodnym Michael i kiwnął głową do blondyna.
Zaraz go nie było. Człowiek torpeda, a siła i charakter roznosiły go, że można było spotkać wszędzie tego chłopaka. Lubiłam go całym swym pogmatwanym sercem.
Bałam się spojrzeć na Sebastiana. Co znowu dojrzę w jego twarzy?
- Nie przedstawiłaś nas sobie?- zapytał nagle przerywając ciszę. Oparł się dłońmi o moje łóżko, wbijając we mnie te niebieskie oczy pełne oskarżenia.
- To był Michael, on jest...
- Twoim mężem. Myślisz, że jestem na tyle durny aby nie widzieć zdjęć w twoim mieszkaniu? - przerwał mi.
Zamarłam, a usta niekontrolowanie się otworzyły. Mąż? Michael? Jasne... Uciekłam wzrokiem na tortille leżącą na moich kolanach. Odechciało mi się nawet jeść. Co miałam powiedzieć? Jak wybrnąć z sytuacji.
- Nie ważne... Wiedziałem na co się pisze. Twój mąż się tobą opiekuje więc nic tu po mnie.- już ruszył w stronę drzwi.
- Sebastian co ty do cholery odstawiasz?- zapytałam już bezsilna.
- Ja?- zakpił odwracając się do mnie.- To nie ja mam męża i "przyjaciela" na boku. To nie ja trzymam dwie sroki za ogon. Dopuszczasz do naszych spotkań? A może jeszcze mam z nim pójść na piwo bo to taki spoko ziomek!- podniósł głos niemiło. Na te słowa wszystko się we mnie zagotowało. Co on mówił?!
- Nie... wcale! Ty taki idealny jesteś! Nie pamiętasz jak się mną zabawiałeś? A obok w czasie naszych rozmów siedziała Su? Już kurwa tego nie pamiętasz? Masz coś do Michaela? To moja rodzina, czy ci się to podoba czy nie. Mam wszystko rzucić bo ty się zjawiłeś? Na jak długo? Kolejne trzy pieprzone miesiące mego życia, a później znikniesz? Znowu zostawiając dziurę w moim sercu, którą nawet mąż nie mógł zakleić? Kim ty kurwa jesteś? Kim?!- wybuchłam.
Nigdy nie chciałam powiedzieć tyle bolących słów na raz. Nic dziwnego, że moje oczy zaszły łzami. Może dodatkowo wszedł w to stres po wypadku? Nie wiem. Łzy pociekły mi po policzkach. On zamilkł. Patrzył na mnie już bez oskarżenia, tak jakby coś zrozumiał.
- Zawładnąłeś mym umysłem na ponad rok... na rok, który wszystko zmienił. Straciłam wtedy za dużo. Do niedawna nauczyłam się żyć. Bez nadziei, że kiedyś staniesz na mojej drodze, że po prostu mnie przytulisz. Bez nadziei, że ci bez problemu wybaczę bo to co czuję... Że mnie uratujesz z tego piekła.- westchnęłam chowając twarz w dłonie. Poczułam jak siada na łóżku w moich nogach.
- Nie chcę tego czuć. To powoduje u mnie chaos. Nic mi to nie daje... a odbiera. Coraz więcej mi odbiera.
- Mam zniknąć? Nie chcesz mnie już więcej spotkać?- mówił spokojnie. Opuściłam dłonie aby na niego spojrzeć. Mówił prawdę? Na to był gotowy?
- Nie wiem...- skłamałam. Wzięłam głęboki oddech nabierając powietrza w płuca.- Nie... nie chcę. Nie powinnam tego mówić, ale nie chcę.
- Dlaczego?- jedynie zadawał pytania, a ja byłam już tak wyprana z emocji i sił, że nie miałam jak się przed nimi bronić.
- Bo wtedy zdasz sobie sprawę jak bardzo jesteś ważny. A ja nie chcę abyś to wiedział. Nie chcę abyś miał nade mną przewagę bo wiesz, że ja cię...- zagryzłam dolną wargę. Pokiwał głową dopełniając brakujące słowo. Jego rysy złagodniały. Również westchnął i przybliżył się. Otarł dłonią moje łzy i przytulił w swe ramiona. Wybuch płaczu był znów niekontrolowany.
- Przepraszam... Jestem niesprawiedliwy.- szepnął.
Nie miałam już siły mówić cokolwiek. Chciałam zasnąć i obudzić się kiedy wszystko już będzie poukładane. Nie miałam nawet jak powiedzieć, że Michael to nie mój mąż. Był po prostu jego młodszym bratem. Bardzo o mnie dbał, w dodatku była to skóra ściągnięta z mego męża. Nie miałam siły.
Zamknęłam oczy i nie miałam już sił ich otworzyć.


Zachęcam do komentowania.

poniedziałek, 8 lutego 2016

8. Already home

Mogłem ją utracić, ale też mogłem ją odzyskać.
Jak można chcieć posiadać kogoś, kto nigdy do nas nie należał?
Za każdym chorym razemm uświadamiałem sobie jak bardzo czułem do niej paraliżujące uczucie. A teraz? Teraz po raz kolejny uciekała. Nie rozumiałem już kompletnie nic na temat jej małżeństwa. Cholerne deja vu. Wieczne ucieczki, niedomówienia. A to niby ja kłamałem...
Amy skrywała jakąś tajemnicę, widocznie bolesną.
W dodatku to co powiedziała Ros. Jakby w ogóle nie wiedziała, że Amy ma męża.
Cholerne zagadki, a ja nie byłem żadnym detektywem aby się tego wszystkiego domyślać. Miałem szczerze dość. Kopnąłem jakąś grudę śniegu.
- Oj Sebastianie...- usłyszałem damski głos za sobą.
Gdy się odwróciłem, ujrzałem rudowłosą szczupłą kobietę. Su.
Westchnąłem bezsilnie na to wszystko. Skąd ona się tu wzięła? Przecież jej nie zapraszałem, ba miało być to tajemnicą. Nie potrzebowałem jej teraz.
- Co ty tu robisz?- mój głos nawet nie był miły.
Nie starałem się.
Nie była warta.
Zresztą czy ktoś, kto nie miał swojego honoru, tylko odwiecznie przyjmował mnie w swoje ramiona, ze względu na to co może dzięki mnie osiągnąć, byłby cokolwiek wart? Nie... Takie stanowisko zajmowała w moim życiu Su. Byliśmy w "wolnym związku" jak to określało wielu. Znajomi sądzili, że jesteśmy sobie przeznaczeni, niespotykana więź i chemia. Jak dla mnie to zwykły kompromis. Ona mi seks, ja jej wejścia na różne obwite w drogie kreacje bale. Pazerność i chciwość przemawiała przez nas.
Teraz jej nie potrzebowałem. Na pierwszym miejscu była Amy.
- Aj... Myślałam, że bardziej się ucieszysz.- zamruczała niczym kocica na rozgrzanym dachu.
Była właśnie tą kobietą, która chodziła spać w makijażu, właściwie sądziłem, że się z nim urodziła. Obcisła sukienka podkreślała jej chude ciało, szpilki ni jak były bezpieczne na taką pogodę. A jednak zgrabnie sunęła w moją stronę. Odwróciłem od niej wzrok, aby spojrzeć w stronę ulicy którą przed chwilą uciekała Amy.
- Nie wróci...- zaśmiała się poprawiając moją kurtkę zimową.
Spojrzałem na nią wściekłym wzrokiem. Ta jednak spięła się na palce i pocałowała mnie w usta. Od razu się odsunąłem. Usłyszałem jedynie jej chichot.
- Myślałeś, że nie widziałam jak uciekaliście z wystawy? Szukałam tylko waszych pantofelków. Albo te tulańce? Całuski? W co ty się bawisz? Ona nigdy nie była dla ciebie kochany... Dobra duszyczka, żona z małego miasteczka, zapewne piecze dobre szarlotki.- wykpiła Amy. Zacisnąłem mocniej szczęki to wszystko słysząc. Ona jednak kontynuowała.
- Ty potrzebujesz mocnego jebania... prędzej czy później znowu się nią znudzisz. Jak za każdym kolejnym razem znajdziesz się koło mnie. Zdaj sobie z tego sprawę i nie trać czasu. Niedługo sylwester... rodzice cię zapraszają na bankiet. Wiesz jak uwielbiają nas razem.- uśmiechnęła się do mnie słodko niczym niewinne niewiniątko.


Za dużo wina.
Obudziłem się leżąc nagi w hotelowym pokoju. Czułem się zmęczony. Niewiele pamiętałem. Jednak ogniste włosy na poduszce obok mnie wszystko wyjaśniły. Miałem ochotę dać sobie w twarz, albo w krok. Zawsze potrafiła mnie złamać, zwłaszcza kiedy traciłem grunt pod nogami.
Czułem się nie fer w stosunku do Amy. Tak, to właśnie ona była pierwszą myślą po obudzeniu. Nie kobieta która kilka godzin temu robiła mi to wszystko, co rasowa prostytutka za grubą kasę. Jednak czy powinienem się tak czuć? Przecież między nami nic nie było, ona miała męża. Miałem czyste sumienie. Chyba.
Właściwie powinienem zrezygnować z Su. Pomimo wszystko byłem facetem, a ona była moim kołem ratunkowym. Nie było czym się chwalić. Nie chciałem nawet myśleć o niej. Była... Popęd seksualny bywał silniejszy od racjonalnego myślenia.
Wstałem i ubrałem się bez zbędnego pożegnania z kochanką. Musiałem porozmawiać z Amy. Moja praca pozwalała mi na wszelakie moje zachcianki, podróże i wakacje. Wciąż byłem na świeczniku wśród artystów. Byłem inspiracją nawet dla rzeźbiarzy. Co zabawne właśnie to mnie i Amy połączyło.
O ile dobrze pamiętam jej mąż był rzeźbiarzem. Chciała dla jego dobra abyśmy nawiązali współpracę, wiedziała, że on tego chce. Pisała do mnie, do mego menadżera. W końcu postanowiłem poznać tą niezwykłą kobietę, która miała taki, a nie inny upór. Pod przykrywką innego imienia i nazwiska nawiązaliśmy znajomość. Ot całe moje kłamstwo. Chciałem ją poznać, więc udawałem kimś kim nie byłem. Gdybym tylko wiedział, że jest mistrzynią wyłapywania kłamstw, może bardziej bym się starał. Potoczyło się jak się potoczyło. Najgorszy był fakt, że Su poznała całą historię związaną z Amy.
Chciałem zobaczyć ją ponownie, może udałoby mi się wyjaśnić sprawę związaną z jej mężem. Tak, chyba to najbardziej mnie interesowało. Dlaczego? Chyba wiadomo. Może jeśli jest po rozwodzie... może wtedy czułbym większe pole manewru, a tak? Dobre wychowanie i szacunek do niej, nie pozwalały mi nic zrobić. Nic czego ona by sama nie zasugerowała.
Podjechałem pod kwiaciarnię, wypożyczonym czerwonym Fordem.
Gdy wszedłem do środka, Ros właśnie obsługiwała jakąś klientkę. Spojrzała na mnie marszcząc brwi. Coś znowu nie tak? Chyba zacznę nosić w jej obecności kamizelkę kuloodporną. Kobieta wyszła z kwiaciarni i zostałem sam na sam z panią loków pełna czupryna.
- Hej, wiesz może o której będzie tutaj Amy?- zapytałem najuprzejmiej jak potrafiłem, wkładając dłonie w kieszenie spodni, które zresztą były ubrudzone od farby.
- Sobie jaja robisz czy jesteś do reszty durny?- odbiła mi piłeczkę wyraźnie wściekła.
- Co znowu ci Amy nagadała na mnie? Przecież jej nic nie zrobiłem!- broniłem się jak mogłem. Plan B obejmował czatowanie w samochodzie dopóki nie pojawiłaby się brunetka.
- Jesteś jednak popaprańcem!- wkurzyła się nie na żarty i wyszła zza lady do mnie. Dźgnęła mnie palcem w tors.
- Ej, ej! Ros uspokój się!-odskoczyłem prawie strącając jakieś wiadro z bliżej nieznanymi mi kwiatami.
- Cholera jasna... nie wiesz, że miała wypadek jadąc od ciebie? Wpadła w jakiś poślizg przez jelenia, który wyleciał jej na drogę...
Stanąłem jak wryty. Wszystko jakby zwolniło, a oddech stały się zbyteczny. Krew upłynęła mi z twarzy przez co niewątpliwie pobladłem. Złapałem dłonią blat, aby nie stracić równowagi. Pierwsze czarne myśli przeleciały mi przez głowę.
- Co z nią? Co do kurwy z nią? Żyje?!- chwyciłem Ros za ramiona, znacznie mocniej niżeli bym chciał. Emocje. Wtedy zdała sobie sprawę, że o niczym nie wiem.
- Ja... Ona... Nic się nie stało.. znaczy... trochę dostało się dostawczakowi... ale ona... ona tylko ma złamaną nogę... Żyje... ty serio nie wiedziałeś? Myślałam, że wiesz... Była w szpitalu... ale już wyszła.- jąkała się.
Puściłem ją odchodząc kilka kroków. Złapałem się za głowę. Kiedy ja ruchałem się z Su, ona tam przechodziła piekło. Wkurzyłem się sam na siebie. Amy coś się stało, przeze mnie. Wsiadła taka zdenerwowana do samochodu. Miałem chęć zrobienia czegoś destrukcyjnego.
- Gdzie ona mieszka? Muszę ją odwiedzić...- mówiłem szybko aby nie stracić czasu.
- Nie... Ja nie mogę...
- Mam w dupie co ty możesz. Muszę ją zobaczyć. Była w szpitalu, a ja nawet o tym nie wiedziałem. Cholera jasna Ros, skończ pierdolenie... - naskoczyłem na nią. Miałem dość tego jak bawiła się w jej matkę.
Spojrzała na mnie uważnie, jak na osobę chorą psychicznie. Patrzyła tak długo analizując coś, po czym wyszła na zaplecze. Już miałem ochotę coś zrobić, coś zacząć krzyczeć, kiedy pojawiła się. Położyła na ladzie jakieś klucze i karteczkę.
- Na pewno będzie potrzebowała kogoś do pomocy... zakupy coś... ja muszę tu siedzieć do wieczora.- widać było, że mówi to z przymusu. Nie wierzyłem w to, jednak nie zamierzałem czekać aż się rozmyśli. Podszedłem do lady i zabrałem klucze z adresem Amy.
- Dziękuje... naprawdę.- może jednak nie była ona taka zła?
Nie ważne.
Wsiadłem do samochodu czym prędzej i pognałem pod dany adres.
Mieszkała na czwartym piętrze starej kamienicy bez windy. Odnalazłem mieszkanie i włożyłem klucz do drzwi. Otworzyłem je powoli.
- Amy? To ja... Sebastian!- zawołałem od progu.
Mogła się przecież wystraszyć jeśli bym wszedł bez żadnego ale. Nikt jednak mi nie odpowiedział. Może spała po stresie? Albo upadła chcąc gdzieś wstać? Zamknąłem za sobą drzwi i rozejrzałem po mieszkaniu. Salon był połączony z kuchnią, było można dostrzec kilka ramek z zdjęciami. Amy w dzień ślubu, Amy z mężem, sam jej mąż i inne. Nikogo, nawet żywej duszy. Zastanowiłem się dopiero teraz dlaczego Ros stwierdziła, że Amy potrzebuje kogoś pomocy. A jej mąż? Właśnie go spodziewałem się tu spotkać. Nic.
Nagle usłyszałem czyjś stłumiony głos. Podszedłem do jedynych drzwi jakie odnalazłem w tym małym pomieszczeniu. Były uchylone. Za nimi znajdowała sypialnia.
Na środku stało duże małżeńskie łoże, na tyle duże na ile pozwalał mały metraż. A w nim Amy. Miała na sobie piżamę, niedbałego koka na czubku głowy oraz nogę w szynie od stopy do kolana. Myślałem, że od razu mnie zauważy, gdy tylko stanąłem w progu sypialni. Jednak była zajęta czym innym.
Słuchawki na uszach podłączone były do laptopa, a muzyka rozkręcona na full była słyszalna aż na progu. Amy radośnie poruszała ustami do słów śpiewanych przez piosenkarkę. Uśmiechnąłem się na ten niezwykły widok. Pierwszy raz tak zwykłe piękno mnie zachwyciło. Kamień z serca o jej życie spadł mi z serca i jedynie me uczucie do niej pozostało. Gdy utwór się skończył otworzyła oczy by włączyć kolejny wtedy z piskiem zareagowała na mój widok.
- Hej.- uśmiechnąłem się do niej przepraszająco.


Zapraszam do komentowania.

niedziela, 7 lutego 2016

7. We found love

Wracaliśmy z kolacji od Ros.
Było burzliwie, przynajmniej na początku. Po dwóch godzinach, o dziwo żarty Sebastiana zaczęły bawić moją przyjaciółkę. Może nie zdobył całkowicie jej akceptacji i zaufania, ale przecież nie było tak źle. Zresztą ze mną było podobnie. To, że zaprosiłam go, to, że spędziłam z nim trochę czasu z nim spędziłam, o niczym nie świadczyło.
Owszem przecież nie mogłam zaprzeczyć, że jego osoba znaczyła kiedyś dla mnie coś...
Jednak pamiętałam, że mnie okłamywał do ostatniej chwili. Nie mogłam tak po prostu o tym zapomnieć.
Kiedy zajechaliśmy na miejsce, właściwie wystawa była już pusta. Gdzie nie gdzie kręciła się ekipa sprzątająca, a moje wazony stały równo ustawione pod ścianą czekając na odbiór.
- Amy, powinienem ci podziękować.- odezwał się kiedy zaczęliśmy nosić wszystko do dostawczaka. 
- Nie przyzwyczajaj się.- spojrzałam na niego poważnie, jednak zaraz dałam mu stójkę w bok. Nieco się poślizgnął na nieposypanym chodniku. Sebastian zaśmiał się łapiąc równowagę.
- Jesteś zbyt ckliwy jak na ciebie.- zauważyłam opierając się o samochód. Jednak mój uśmiech nieco się zmniejszył kiedy sobie coś uświadomiłam.- Zresztą... nie mam prawa cię oceniać na podstawie tego co pisaliśmy... 
- Amy...- westchnął odkładając wazon do samochodu.
- Nie, Sebastian. Tak naprawdę nie znamy się... To co tam było... Musisz przyznać to nie to samo co realny świat. Zresztą.- chciałam aby było to dla mnie nieważne. Zacisnęłam usta w wąską linie aby nic już nie powiedzieć. Patrzyłam jak śnieg prószy.
- Oh Amy...- powtórzył znów moje imię.
Zaraz po tym przybliżył się do mnie, by bez jakichkolwiek precedensów mnie do siebie przytulić. Zrobił to tak szybko i sprawnie, że oniemiała znalazłam się w jego ramionach.
Milczał.
A ja?
W pierwszym odruchu chciałam się wyrwać jednak... Potrzebowałam ciepła. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz ktoś mnie tak po prostu przytulił, kiedy moje myśli skłębiały się w sposób dla mnie niezrozumiały.
On to wyczuł.
Nie wiem jak, jednak wiedział jak sprawić aby na ten moment wszystko uciekło mi z głowy.
- Nauczmy się siebie od nowa. W jeden dzień straciłem nadzieje i ją odzyskałem. Odzyskałem ciebie... Po takim długim czasie. Jednak twoje poczucie straty było dłuższe. Potrzebujesz czasu... a ja ci go dam.- mówił to wszystko patrząc przed siebie. Nie wiedziałam co jest w jego głowie, tak bardzo chciałam zrozumieć jego rozumowanie. Jednocześnie nie chciałam teraz widzieć jego oczu. Wtuliłam policzek w jego tors, czując jak zimny śnieg opada mi na twarz.
- W dziwny sposób ciebie potrzebuje.- moje myśli w niekontrolowany sposób wybiegły mi z ust. Poczułam jak nabiera głośno powietrza w płuca, a jego dłoń zaciska się na moich plecach. Odsunął się ode mnie dotykając zimnymi palcami mojego policzka. Nachylił się nieco aby spojrzeć mi w oczy.
- Damy sobie czas.
Czułam się jak jakaś licealistka w romantycznym filmie. Znów czułam się inaczej, poza wszystkim co mogło mnie trapić. Nie myślałam o tym, co mnie czeka w mieszkaniu, nie myślałam o wszystkich złych chwilach. Nie, nie czułam motylków w brzuchu, czy innych miłosnych uniesień, jednak było tu i teraz. Jego niebieskie oczy skupiające się jedynie na mnie.
Jego twarz przybliżyła się do mojej. Nie tego się spodziewałam. Nie takiego obrotu spraw oczekiwałam. Zamknęłam oczy w odruchu, jakby to miało mnie przed wszystkim ustrzec. Poczułam jego usta na swoim czole.
- Nie pocałuje cię tak jakbym chciał... Tylko dlatego że szanuje twój wybór... Kumple ale... jeśli będziesz chciała. Jedno twoje słowo. - szepnął.
- Chciałabym aby to wszystko było inne...
- Masz męża... Jeśli go kochasz to...- zacisnął usta i odsunął się ode mnie pozostawiając między nami zimne powietrze. Uciekłam spojrzeniem obejmując się ramionami. To nie było takie łatwe, za dużo tajemnic, za dużo do mówienia. Za dużo bolesnych słów.
- Obiecałam mu, że nigdy więcej nie będę mieć z tobą kontaktu...- wyszeptałam.
Miał prawo to wiedzieć, chociaż tyle. Zamarł słysząc te słowa. Cisze zapełniały głosy dochodzące z miejsca gdzie była wystawa.
- Chyba coś się zmieniło jeśli nadal tu jesteś... O co więc chodzi? Twój mąż jest jedną wielką zagadką...
Czułam  że może w każdej chwili zadać coraz więcej pytań. Jak mogłam się przed nimi ustrzec. Czy byłam gotowa stanąć oko w oko z tą prawdą?
Nie.
- Muszę... Sebastain... Muszę jechać...- zamknęłam tylnie drzwi samochodu i wskoczyłam szybko za kierownicę.
- Amy! Do cholery!- krzyknął nagle za mną.
Oparłam dłonie drążek do zmieniania biegów.
Ruszyłam czym prędzej. 
Stary bus zaskrzypiał i zapiszczał nieprzyjemnie ruszając. Otarłam nos rękawiczką. Nawet nie odważyłam się spojrzeć w lusterko. Bałam się, że jego widok spowoduje, że zatrzymam samochód aby się do niego przytulić.
Potrzebowałam tą cząstkę...


Obiecuję, że w następnym rozdziale dowiecie się więcej :)
Zapraszam do komentowania.

sobota, 6 lutego 2016

6. Jessie's girl

W niewielkim busie, który był koloru śniegu, dziwnie się czułem. Gdzieś za plecami zostawialiśmy wystawę, moją autorską wystawę, na którą składało się kilkadziesiąt prac z różnego okresu mego życia. A jednak, kiedy spoglądałem na Amy, która w skupieniu marszczyła brwi prowadząc samochód, jakoś wszystko stawało się nie ważne.
Była osobą, przez którą poprzedni miesiąc był jedną wielką dziurą ciemności. Naprawdę ciężko to opisać, zresztą mój wygląd był idealnym opisem tego wszystkiego co się mi działo. Zdawałem sobie sprawę, że ona nie należy do mnie, że nie mam żadnego prawa by była moja, bez względu na to co czułem. Ona była kogoś, innego mężczyzny. Niewątpliwie ten kto był jej mężem, był największym szczęściarzem na świecie.
Czy chciałem o nią walczyć? Owszem, jednak to by ją jedynie raniło, a ona by z dnia na dzień mnie nienawidziła. Mogłem tylko oczekiwać aby chociaż chciała ze mną rozmawiać.
Udało się, za cenę wystawy która i tak była dla mnie mniej ważna niż wszystko to co ona mogła mi dać.
- Dokąd jedziemy?- odpiąłem kilka guzików od koszuli.
- Zobaczysz. Nie bój się, odstawie cię na miejsce za dwie godziny.- posłała mi uśmiech i znów wbiła wzrok w jezdnię.
Nie lubiłem nie wiedzieć. Zawsze byłem panem sytuacji, z kontrolą nad wszystkim. Nad karierą, nad kobietami, nad seksem. No może prócz tego co wywiązało się po między nami. Czy to znaczyło, że już zawsze tak miało być? Jedna wielka niewiedza i niemożliwość przejęcia inicjatywy?
- Jedziemy na kolację, którą szykuje twój mąż?
To pytanie sprawiło, że od razu na mnie spojrzała, przez co wjechaliśmy w jakiś krawężnik. Szybko zapanowała nad sytuacją.
- Słucham?- jej głos znów był zmieniony.
No tak, przecież nie miałem między nas wpychać jej męża.
Cholera.
- Przepraszam... ja jedynie usłyszałem... No to o trosce, dzieciach i kolacji.- machnąłem ręką jakby nie było dla mnie ważne to że z kimś miała dzieci. A było. Dzieci wszystko zmieniały. Fakt, że mogłyby one być... skreślał mnie.
- Nie... jejku... Ja rozmawiałam z Ros. Przyjaciółką z kwiaciarni, razem pracujemy.- zaśmiała się nieco nerwowo i wywróciła oczami patrząc przed siebie.
- Ona pilnuje twoje dzieci?- wierciłem jej dziurę w brzuchu.
Musiałem.
Chciałem.
Może to była moja niepowtarzalna okazja aby się o niej czegoś więcej dowiedzieć. Zerknęła na mnie szybko, z lekkim uśmiechem jednak nie sięgał on do jej oczu.
- Nie...- odpowiedziała cicho.
- Ty płaczesz?- facet i wyczucie czasu. Należał się dla mnie za to jakiś order.
- Nie! To... to od ciepłego powietrza... zawsze tak mam. Też masz pomysły.- mówiła zbyt szybko i zjadała końcówki.
Zamilkłem odpuszczając.
Kilka minut, doprowadziło nas do jakiegoś niewielkiego domu. Jak,o że Amy wyszła z samochodu zrobiłem to zaraz za nią. Za drzwiami było słychać  biegi, piski i wyzywanie kobiety. Spojrzeliśmy na siebie po czym otworzyły się drzwi. Stała tam kobieta, którą znałem z kwiaciarni, Ros.
Widząc Amy uśmiechnęła się od razu, jednak kiedy spojrzała na mnie uśmiech zniknął jej z twarzy.
- Co to?!- obrzuciła nas kolejnym spojrzeniem pełnym niechęci, strachu i złości.
- Ros spokojnie... nie denerwuj się.- poprosiła ją brunetka podchodząc bliżej.
- On cię tu przyprowadził? Śledził? Już dzwonie po policje!
Uniosłem brwi słysząc to wszystko. Co też musiała jej Amy o mnie naopowiadać aby coś takiego przyszło jej do głowy.
- Nie! On... on jest ze mną. Sama go przywiozłam.- zaczęła tłumaczyć się, jednak wszystko przerwał dźwięk tłuczonego szkła i płacz jakiegoś chłopca.
Kobiety ruszyły do środka biegiem. Co miałem innego zrobić? Zamknąłem za sobą drzwi od domu i wszedłem tam gdzie Amy biegła.
Na dywanie leżała jakaś zapiekanka, rozbite naczynie oraz chłopiec cały w sosie. Płakał dość okazale. Ros się nim zajęła wyzywając obu chłopców od rozrabiaków oraz zauważając fakt, że powinni już dawno spać. Amy zbierała do plastikowej miski wszystko co było na ziemi. Odruchowo uklęknąłem koło niej.
- Pomogę ci...- uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie.
- Taka to ta nasza kolacja.- zaśmiała się.
- Zawsze macie w zwyczaju robić krzywdę jakiemuś dzieciakowi?- uniosłem brew i spojrzałem na nią badawczo, lubiłem kiedy się uśmiecha. Poprawiało to jakoś moje nastawienie, które ostatnio było w kiepskiej kondycji.
- Sebastian...- uciszyła mnie, jednak kąciki ust jej zadrżały.
- Amy skończyliście już? Młodzi chcą abyś ich zaprowadziła do spania. - pojawiła się w pokoju Rose, spoglądając na nas jak na więźniów, którzy uciekli z więzienia. Brunetka wstała szepcząc coś na ucho matce bliźniaków.
 Zostałem sam na sam z nią w salonie. Nie musiała nic mówić abym czuł się jak intruz. Odebrała ode mnie miskę z skorupami szkła i poszła do kuchni. Z westchnięciem udałem się za nią. Czemu musiałem tak łazić za każdą z nich po kolei?
- Po co znowu się jej wpraszasz w życie? Mało napsułeś jej nerwów?- rzuciła nagle Ros zbyt szczerze niżeli tego oczekiwałem. Założyłem dłonie na tors.
- Nie jestem tutaj mile widzianym gościem.- mogłem tym stwierdzeniem jedynie dolać oliwy do ognia.
- Jedynie troszczę się o Amy. Nie chcę aby miała chaos w głowie, zwłaszcza przez ciebie.
- Sama zdecydowała aby mnie tu zabrać... po za tym zawrzeliśmy umowę. Jesteśmy jedynie znajomymi.- poinformowałem ją.
Jednak Ros nie wierzyła mi. Patrzyła na mnie odgarniając burzę loków za ucho. Przecząco pokiwała głową i z westchnięciem włączyła czajnik elektryczny.
- Jeśli zrobisz jej krzywdę...
- Nie zrobię, wierz w to albo nie. Nic jej nie zrobię, ani nie namieszam w jej małżeństwie.- powiadomiłem całkowicie poważnie.
Oczy gospodyni domu zrobiły się okrągłe i oniemiała.
- Mał.... w czym? W małżeństwie?- mówiła jakby się czymś zadławiła.
- No tak... przecież to jest najważniejsze. Jej mąż... O co ci chodzi?- zmarszczyłem brwi.
O co do cholery chodziło z tym mężem Amy? Ciągle jakby na to słowo wszyscy zostali porażeni prądem. Wtedy do kuchni weszła ona. Uśmiechnięta i wesoła.
- Obgadujecie mnie?- zapytała spoglądając na naszą dwójkę.


Zapraszam do komentowania ;)

piątek, 5 lutego 2016

5. Last Christmas

Zniknął.
I dobrze.
Długi miesiąc, pełnych niepewności miesiąc. Każdy dzień dawał mi nadzieję na powrót do normalności. Jednak czy można mówić o normalności, kiedy znowu oderwał mi plaster z rany? Próbowałam znów być sobą, dla każdego po kolei. Nie chciałam pytań, dziwnych spojrzeń. Miałam być sobą, zwykłą Amy.
Trzymałam się każdego dnia od nowa. Było tylko tu i teraz bez spotkania Sebastiana i to starczyło. Zyskiwałam z każdym dniem grunt pod nogami. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ważne że przestałam zerkać co chwile w drzwi od kwiaciarni.
Okres ślubów zmierzał do punktu martwego. Zima, śnieg, coraz bliżej święta oraz powtarzająca się aż do orzygu piosenka, która właściwie powtarzała się w każdym centrum handlowym czy radiu. Cieszyłam się niesamowicie, że jeszcze zostało kilka dni do gorączki świąt, bo tak naprawdę nie miałam jeszcze nic w planach. Poświęcałam się w pracy jak mogłam.
Dostałyśmy nowe, większe zlecenie niżeli parę wieńców świątecznych na nagrobki czy drzwi. Jako, że nie miałam dzieci, to na mnie spadł cały obowiązek zawiezienia i dopilnowania wszystkiego na miejscu. Wolałam aby Ros zajęła się trochę swoim domem i dziećmi.
Jechałam niewielkim busem, zapakowanym po same "uszy" do sąsiedniego miasteczka. Miała tam się odbyć jakaś wystawa. Wiadome było, że nasza kwiaciarnia jest najlepsza w okręgu, jednak nie często nam się zdarzały takie okazje, tym bardziej musiałam dbać o dobre imię firmy.
Oby nikomu nie chciało się wychodzić z domu w taką pogodę i będę mogła szybko wrócić do ciepłego mieszkania. Nie szykowałam się specjalnie na to wszystko. Szary sweter do kolan i czarne rajstopy. Wygodnie i ciepło.
Nawet specjalnie się nie malowałam, nie byłam w stylu ślicznotki. Od pewnego czasu nie było dla mnie ważne jak wyglądam.
Dopiero kiedy znalazłam się w miejscu gdzie było już masa ludzi, na wystawie jakiegoś malarza, zamarłam. Gdybym wiedziała, że to taka wielka impreza może inaczej bym się ubrała.
Nie ważne, przecież byłam tutaj tylko tłem.
Kilku kelnerów zostało mi przypisanych do rozniesienia wazonów z liliami i różami wedle wskazanych miejsc jakiejś organizatorki.
- W sumie teraz możesz rozejrzeć się po wystawie, a później zapraszamy na herbatkę na zaplecze. Przeczekasz z nami tą burzę westchnięć nad tym wszystkim.
Zaproponowała mi koordynatorka kelnerów, kobieta po czterdziestce z miłym uśmiechem.
- Bardzo chętnie.- podziękowałam jej.
Ruszyłam więc w głąb pomieszczeń gdzie na wielu ścianach niczym w labiryncie wisiały obrazy. Dopiero po chwili zauważyłam, że i ściany są tutaj istotne, a właściwie ich kolor. Pierw otaczały mnie czarny kolor, następnie szary... wszystko zmierzało do białego, niewinnego koloru.
Nie byłam znawczynią sztuki, wszystko było zbyt mocno przesycone "nowoczesną" sztuką. Przynajmniej tak mi się zdawało na początku. Im dalej w głąb, tym wszystko stawało się... ładniejsze? Bardziej składne i łagodne? Twarze osób, a raczej kobiet nie były już geometrycznymi kształtami, stawały się piękne. W końcu po którymś z obrazów zauważyłam, że twarz jest ujednolicona, pod jeden wzór.
- Coś niesamowitego... Czy ty to widzisz Chris? Słyszałeś, że on malował do ostatnich godzin przed otwarciem wystawy i najważniejszy portret jest jeszcze zasłonięty?
Jakaś para obok zachwycała się nad tym wszystkim, zbyt nad to. Nigdy nie rozumiałam koneserów sztuki, a tym bardziej artystów. Cóż, jednego pochłoniętego sztuką rzeźbiarza miałam w domu. Nawet to mnie niczego nie nauczyło. Pokiwałam głową z niedowierzaniem i wtedy rozniósł się dźwięk mojej komórki. Wzrok wszystkich "znawców" znalazł się na mnie.
- O matko! Już.. przepraszam... em..- zaczęłam szukać w torebce telefonu. Ros.
Odebrałam szybko rozglądając się na boki. Jakiś cichy, ciemny zaułek. Idealnie!
- Amy? Amy! Halo!- krzyczała do słuchawki Ros.
- Ciii... już jestem. Nie krzycz tak! - zaśmiałam się do niej, opierając plecy o ścianę.
- Dojechałaś cała i zdrowa? Miałaś dać mi znać! Mogłam jechać z tobą i ci pomóc.- jak zwykle cała ona, zawsze pomocna.
- Daj spokój. Ktoś musi zająć się dzieciakami. Miło, że dzwonisz i się o mnie troszczysz.- zaćwierkałam do niej słodko aby ją uspokoić. W odpowiedzi jedynie głośno westchnęła.
- Kiedy wracasz? Może wpadniesz na kolacje? Jacob jest w pracy. 
-  Ooo kolacja z winem! Jak dzieci położysz szybciej spać to wpadam od razu.- damski wieczór z Ros, to było to co potrzebowałam w tym momencie.
Wtedy ktoś zapalił światło w pomieszczeniu w jakim się znajdowałam. Pierw oślepłam i musiałam zamrugać kilka razy. Zobaczyłam przed sobą rosłego mężczyznę, z TYMI niebieskimi oczami. Miał poważną minę, mogłam też zauważyć sine worki pod oczami.
- Ok, ok... zrobię dla ciebie coś dobrego... Amy? Amy...
- Em.. Ros... ja... ja oddzwonię później. Pa...- mówiłam nie odrywając wzroku od Sebastiana.
- Amy co do chole....
Zapadła cisza.
Choć był ubrany w białą koszulę i ciemne spodnie, nie wyglądał na kogoś kto prezentował się znakomicie tego dnia na wystawie. Odsunęłam się od ściany, chowając telefon do torby.
- Co ty tu robisz?- jego głos był ochrypnięty, tak jakby dawno nic nie pił.
- Ja?- zdziwiłam się.- Pracuje tutaj... przywiozłam kwiaty. Zresztą... ty znowu jesteś tam gdzie ja? Myślałam, że sobie odpuściłeś! Co? śledzisz gdzie akurat mam zamówienia?- obrzuciłam go pytaniami przybliżając się o krok, jakoś tak w odruchu, jakbym go atakowała.
Jego wzrok jednak się nie zmienił.
- To moja wystawa...- odpowiedział jedynie.
Otwarłam usta słysząc te słowa. Jaja sobie robił?
- Co?- jęknęłam.
Westchnął bezsilny i wskazał głową na coś za mną. Zmarszczyłam brwi niepewnie się odwracając w tą stronę. Na jasnej, oświetlonej ścianie wisiał wielki obraz, o wiele większy niżeli ja miałam wzrostu. Musiałam oddalić się od tego wszystkiego o kilka kroków, zrównując się z Sebastianem, aby zobaczyć całą twarz kobiety. Odruchowo uniosłam dłoń do ust oniemiała co widzę.
- Nie myśl, że jestem psychofanem... czy coś... ja... maluje co myśle. A ostatnio myślę... eh...- jęknął jakby wkurzony sam na siebie.
Przeniosłam wzrok na niego próbując dowiedzieć się czy kłamie. O dziwo nie kłamał. Był pogłębiony w jakimś smutku. Było z nim widocznie źle.
- Ej.. Sebastian... Co jest grane?
- Czy to ważne?- nie patrzył na mnie.
- Ważne? Wyglądasz jak jedna wielka depresyjna kulka nieszczęścia i ty się pytasz czy to ważne?- nie wiem dlaczego mnie to interesowało.
Przecież byłam na niego niesamowicie zła. Przecież tyle czasu mnie okłamywał, abym teraz wyciągała do niego rękę? A jednak. To jak się zachowywał i wyglądał nie świadczyło o niczym dobrym.
- Amy proszę... Mam dość tego dnia, najchętniej by stąd wyszedł. A i tak wszyscy świetnie się bawią nie zwracajac uwagę czy tu jestem czy nie.
- Marudzisz... a jeśli nie zwracają uwagi to po co tu siedzisz?- uniosłam brew zerkając na niego.
- Bo to lepsze niż czas spędzony samemu...- wywróciłam oczami słysząc te słowa.
Czasami potrafił być naprawdę wkurzający.
- Zaraz dam ci kopniaka w tyłek, a uwierz umiem kopać dość mocno. Nie jesteś sam... Tyle osób pewnie chciałoby z tobą tu porozmawiać.- wskazałam w stronę reszty labiryntu z obrazami. Uśmiechnął się minimalnie, jednak uśmiech ten nie dosięgnął jego oczu.
- Ale osoba z którą chciałbym spędzić czas mnie nie chce.- wtedy zauważyłam, że wpatruje się we mnie.
Sekundę potrwało abym zrozumiała to wszystko. Uciekłam gdzieś spojrzeniem i oplotłam się ramionami jakby to miało mnie ustrzec przed czymś złym.
- Sebastian...
- Nie Amy... spokojnie!- przerwał mi od razu.- Dla jasności, ja nic na tobie nie chcę wymuszać, nie chcę wiele. Zrozumiałem, że masz swoje życie, a ja nie jestem potrzebny ci ale... W jakimś stopniu ty napędzasz mnie do działania. Jeśli czegokolwiek mógłbym chcieć od ciebie to jedynie znajomości. To mój obecnie największy cel, bez udawadniania i rozwalania ci życia. Mieć ciebie na takiej zasadzie albo wcale... to już wolę chociaż tak.
Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
- O ile oczywiście ty tego chcesz.- dodał ciszej i niepewnie. Wypuściłam cicho powietrze z płuc próbując sobie to ułożyć w głowie. On czekał milcząc. Zerknęłam znów na niego.
- Ja... em... ja nie wiem...- jąkałam się gubiąc myśli.
- Proszę o szanse. Wiem że spierdoliłem ale... tu i teraz jest inne. Proszę Amy...- i wtedy dotknął swoją dłonią moją dłoń. Wydałam z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
- Sebastian... Kurde no!
Gdy zobaczyłam delikatny uśmiech pomiędzy cieniami w jego oczach byłam bezradna.
- Tylko kumple.- zastrzegłam sobie a on kiwnął głową.
- Dziękuje...- szepnął.
Jego głos... to sprawiło, że nie mogłam go tutaj zostawić. Dlaczego?! Byłam na siebie wewnętrznie wściekła i wiedziałam, że teraz sama sobie grabiłam. A jednak. Byłam idiotką.
- Podziękujesz za chwilę. Choć...- pociągnęłam go za rękę, którą mnie trzymał do wyjścia zapinając gruby płaszcz na sobie..
- Co ty robisz?- zapytał rozglądając się.


Dłuższy rozdział jako rekompensata, 
że tak długo nie pisałam rozdziału.
Zapraszam do komentowania
co niewątpliwie mnie 
motywuje.

wtorek, 2 lutego 2016

4. Choices

Nie widziałem jej tydzień.
Dziwne, że wcześniej ograniczałem się do kompletnego minimum w naszych kontaktach, a teraz nie mogłem pozbyć się myśli, że ona jest tam niedaleko. Ba, niemal zniszczyłem cały swój plan odwiedzinami w tej kwiaciarni. Mogłem ją tym nastraszyć. Byłem beznadziejny.
Przyszedł wieczór oraz czas kiedy miałem odebrać swoje zamówienie.
Wchodząc do niewielkiego pomieszczenia kolejny raz tego dnia, mały dzwonek przerwał ciszę panującą wewnątrz.
Na kolanach siedziała tam Amy, układając sporych rozmiarów bukiet.
Nigdy nie zachwycałem się kobietami w "zwykłych" wydaniach. Miałem zasadę, że kobieta, makijaż, szpilki i seksowne drogie ubranie to nienaruszalna całość. Brunetka temu zaprzeczała. Szary golf ukrywający wszelakie oznaki radości dla oka mężczyzny, czarne spodnie i tenisówki. Nic specjalnego, a jednak...
Poczułem się przez tą chwilę dziwnie... tak samo gdy pierwszy raz usłyszałem jej głos kiedy do mnie zadzwoniła, a ja milczałem. Choć trząsł się z zdenerwowania to był seksowny. Wtedy nie bałem się jej tego napisać.
Teraz?
- Tak?- zapytała unosząc głowę.
Nie ucieszyła się na mój widok, a na pewno nie mnie oczekiwała.
- Hej...- rzuciłem jakby miało to uratować sytuacje. Amy jedynie szybko podniosła się z ziemi odsuwając się za ladę.
Bała się mnie?
- Czego chcesz?- nie był to miły ton. Niebieskie oczy były wbite we mnie jakby chciała zadać mi ból fizyczny za wszystko co jej zrobiłem.
Trudno...
- Ja... zamówiłem bukiet kwiatów.  Chcę go odebrać.
- Żartujesz?- wykpiła mnie
- Sama zobacz... zapisała to w takim notesie. Twoja koleżanka.- kiwnąłem głową na oddalony zeszyt aby zwróciła na niego uwagę. Zrobiła to, jednak nawet głupiec widział jak nieufnie przerzuca kartki zerkając na mnie.
Jednak się mnie bała.
- Jeszcze go nie skończyłam.- znów ta niechęć. Spojrzałem na nią zakładając ręce na tors. Chciała mnie tym zbyć? Nie tak łatwo...
- Nie przeszkadzaj sobie.- dodałem z uśmiechem. Może i naszej dwójce nie było do śmiechu, ale  przecież miałem to zmienić. Wieczne dąsy i przepychanki nic tu nie dadzą. Zwłaszcza po tych długich miesiącach milczenia.
Amy znów chciała zabić mnie wzrokiem, właściwie im częściej to robiła tym mniej na mnie to wpływało. Zrobiłem jej miejsce aby mogła przejść w poprzednie miejsce. Stałem rozglądając się dookoła jakbym był w muzeum. To chyba lepsze niż wiszenie nad nią.
- Co ty chcesz tym ugrać?- jej głos przerwał ciszę jaka panowała w tym pomieszczeniu.
- Chcę kupić kwiaty?
Pytanie idące za pytaniem. Choć wiedziałem, że jestem na przegranej pozycji z i tak z nią igrałem. Tak jak kiedyś, kiedy nasza rozmowa stwarzała niebywałą atmosferę. Nie, nie były to łatwe rozmowy, a jednak jakie interesujące.
- Przestań...- wstała z bukietem w dłoniach i niemal je wepchnęła mi w dłonie.  Wyjąłem z portfela odpowiednią sumę i położyłem na ladzie.
- Czeka mnie dziś ważne spotkanie.- po co się tłumaczyłem.
- Dobrze. W takim razie czas na ciebie. 
Nie, nie mogłem tak pozwolić jej na sterowanie mną. Na to aby ona nie chcąc mnie znać, skreślała moją odwagę. Nie chciała mnie? Jakim prawem ona teraz mogła to osądzać?!
- Matko Amy! Nie możemy normalnie porozmawiać? Chciałbym... tak jak kiedyś. Zrobiłem wtedy co chciałaś, zadecydowałem. Zrobiłem to co powinno nam wszystko ułatwić. Twoje życie, moje... Teraz jednak stoję przed tobą.-  wybuchłem podniesionym tonem.
- Spieszę się...- widziałem jak zaciska usta z nerwów. Nie znałem jej mimiki twarzy, nie wiedziałem jak reaguje na różne bodźce ale raczej nic dobrego to nie zapowiadało.
Uczyłem się jej na nowo.
- Tak wiem... myślisz, że nie widzę twojej obrączki?  Jedyną realną przeszkodę?
- Nie waż się zrzucać winy na mego męża!
Nie spodziewałem się, że podniesie ton. Zadrżał jej głos, czyżbym trafił na nieodpowiedni teren? Chwyciła swój wisiorek jakby chciała go chronić, a oczy zrobiły się niebezpiecznie czerwone. Zmarszczyłem brwi.
Co do cholery?
Zrobiłem krok w tył tracąc grunt pod nogami. Wszystko umilkło.
- Chyba... nie mam czego tu szukać...- mówiłem to bardziej do siebie niż do niej. Zaraz po tym wyszedłem z kwiaciarni, rzucając ostatnie spojrzenie przez szklaną witrynę.
Widziałem jak ociera łzy.
Co do cholery?


Zapraszam do komentowania!

poniedziałek, 1 lutego 2016

3. Hopelessly Devoted to You

Obracałam w palcach obrączkę, którą nosiłam na łańcuszku.
Nie mogłam się skupić na pracy. Mając przed sobą notes niewiele mogłam z niego wywnioskować. Śluby, terminy, restauracje, różne rysunki. Byłam odpowiedzialna za najważniejszy dzień wielu młodych par, nie mogłam być teraz w takim stanie. Nie za to mi płacili... a na pewno nie moja pracodawczyni, która obecnie obserwowała mnie zza swoich szklanych drzwi biura.
Zauważyłam to w porę aby zebrać się w kupę.
Na marne.
- Amy? Wszystko gra?- zapytała otwierając jedyną barykadę dzielącą nas obie.
- Tak.. oczywiście że tak.- odwróciłam się tyłem do niej zbierając swoje rzeczy do lnianej torby.
- Na pewno? Chodzi o twojego męża... wiesz jeśli chcesz to znam świetnego...
- Nie...- przerwałam jej znacznie szybciej i głośniej niżeli chciałam. Znieruchomiałam słysząc dobrze znany sobie ton głosu.
- Amy...- westchnęła podchodząc bliżej mnie.
Blue była starsza ode mnie o dziesięć lat. Byłam przy niej jak dzieciak. Czasami tak mnie traktowała.
- Wszystko jest ok... idę tylko zmienić Ros w kwiaciarni.- wyjaśniłam wymyślając byle jaki powód.
Wymyślam, improwizuje, symuluję. Ostatnio to mój sposób na przetrwanie. Wymiguję się w sposób wygodny dla mnie i dla innych. Oni mają to co by chcieli usłyszeć, a ja święty spokój. Przez setną sekundy złapałam się na myśli, że jestem podobna do Sebastiana.
Kłamię.
Nie... mój przypadek był inny.
Ja miałam powód. Moje życie od zawsze było inne... nie takie jakie powinno być.
Każdy może tak powiedzieć. Jednak ja nie potrzebowałabym perfekcji... Zresztą nie te myśli na ten moment. Kiedyś sobie to poukładam.

Wesoły dzwonek przywitał mnie w białej kwiaciarni. Od razu spoczął na mnie wzrok dziewczyny z burzą loków na głowie.
Ros.
Najbliższa memu sercu osoba zastępująca mi matkę, siostrę, wręcz całą rodzinę od pierwszych dni w tej pracy.
- Co tam Loczku?- rzuciłam na powitanie wdychając intensywny zapach kwiatów.
- Ah... nawet mi nie mów. Ruch taki... na pobliskim cmentarzu dwa pogrzeby, więc i tu był ruch. Jeszcze mi panna Monree przyszła z zmianą zdania na temat kwiatów. Z przedszkola do mnie dzwonili, że bliźniacy znowu się o coś pobili i wychowawczyni mnie wzywa na dywanik z Jacobem. A wiesz jak on pracuje... Nie no, normalnie oszaleje!
Uwielbiałam ją właśnie za to. Mówiła tyle i w ten specyficzny sposób, że nie szło się jej nie pokochać. Uśmiechnęłam się do niej szeroko, przechodząc za ladę.
- To leć... ja tu zostanę do końca zmiany. Musiałam się ewakuować z biura. Wiesz... Blue naszły te gadki szmatki.- wywróciłam oczami ściągając z siebie kurtkę w oliwkowym kolorze oraz poprawiając nieco niesforny kok, zrobiony z zbyt ciężkich włosów.
- Na pewno? 
Wystarczyło, że kiwnęłam głową, a ona już skoczyła po kurtkę i torebkę. W tym czasie mogłam zerknąć na listę zamówień na dzisiejszy wieczór. Potrzebowałam zastrzyku fizycznej pracy. Bez skupiania się i myślenia.
- Aaaaaa.... miałam ci mówić!- przypomniała sobie, przeskakując przez ladę.- Był tu taki facet... koło trzydziestki. Przystojny. Blondyn z dłuższymi włosami coś ala Kurt Cobain fryzura... Wysoki...
Struchlałam słysząc ten opis. Oparłam się nieco plecami o regał za mną z jakimiś teczkami i wstążkami.
- Kazał mi cię prosić o abyś skupiła się na tym co było twoim marzeniem... Rozumiesz coś z tego?- Ros patrzyła na mnie jakby miała rozgryzać krzyżówki, jednak z chwili na chwilę jej wzrok się zmieniał. Wyprostowała się, odkładając torebkę na ladę.
- Ej... co jest? Co to był za typek? Nic mu o tobie nie mówiłam, ale jeśli to jakiś psychol to naślę na niego Jacoba albo policję.- od razu była gotowa dla mnie działać.
- Nie... nie psychol... Przynajmniej tak myślę.- Uciekłam jej gdzieś wzrokiem biorąc głęboki wdech
.- To... Sebastian...- nie wiedziałam czy go pamięta.
W pewnym momencie nie było dnia kiedy jej o nim nie mówiłam, o tym co podejrzewam. Jednak od roku przyrzekłam je,j że to koniec. Zresztą i moje życie się zmieniło diametralnie. Wymagała tego sytuacja.
- Sebastian?- powtórzyła za mną jak echo po czym  sobie przypomniała wszystko. Otwarła szeroko usta.
- Niee... jaja sobie robisz! Co on tu? Jakim cudem? Skąd wiedział gdzie jesteś?- obrzuciła mnie gradem pytań.
- Nie wiem... Nie mam pojęcia Ros... Może byłam zbyt dobrą nauczycielką w wytrapianiu IP... Nie wiem...- dotknęłam policzki czując jak bardzo gorące się one zrobiły.
- Myślisz, że on wie o...?- urwała jakby bała się wypowiedzieć imię niczym koledzy Harrego Pottera.
- Nie, na pewno nie.- zaprzeczyłam marszcząc brwi.


Kolejny rozdział z kolejną dawką emocji.
Będę dawkować je ;) 
Zapraszam do komentowania co niewątpliwie motywuje.

2. Hangin

Uciekała.
Widziałem jej długie włosy.
Zmieniła się. Wydawała mi się kiedyś inna. Bardziej delikatna?
Zresztą... Chyba nie jestem dobry w gierki z odgadywaniem, z rozumieniem czy też widzeniem czegoś co jest ukryte. Za to ona jest mistrzem. Widzi więcej niż myślałem, albo jestem po prostu kiepskim kłamcą.
Właściwie...
Na początku może i starałem się trzymać sztywno tego co zaplanowałem. To miała być zabawa... poznanie kogoś po za tym wszystkim co mnie otaczało. Myślałem, że należy do szablonu tych wszystkich innych dziewczyn. Musiałem się pomylić? To była moja pieprzona wina. Zagrałem na niej, na sobie, na Su, na... wielu osobach.
Mogła przeze mnie stracić wszystko. Wtedy... teraz znów to jej robiłem.
Co do cholery mnie pchnęło do tego wszystkiego?
Znowu... znowu... znowu.
Miałem nadzieję, że mam silniejszą wolę. Zaczęło mi na tym wszystkim zależeć kiedy tego nie chciałem. Za mocno dbałem aby ona niczego nie poczuła, nie kontrolując siebie. Zresztą... myślałem, że jestem panem życia, a ktoś taki jak Amy nie jest wstanie wpłynąć na moje życie, inne niżeli jej.
Zachciało mi się muzy, odskoczni! No i miałem... Ją. Nietypową. Myślałem, że jej inność będzie tylko natchnieniem. A jednak sprzeczki jakie były między nami o bzdurne rzeczy niezależne od nas, sprawiały że coraz bliżej była mnie.
Ktoś by powiedział, że jestem głupim artystą i tyle. Za dużo myślę, zachwycam się nad zwykłym niczym nieistotnym faktem.
Jednak Amy była moją muzą. Nie od razu... dopiero wtedy gdy me życie pokazało mi, że nie mogę się ujawnić kim jestem, że muszę zakończyć to wszystko. Tak miało być łatwiej.
Wtedy się zaczęło... malowałem jak natchniony... Wiedziałem, że ona nadal pisze... Próbuje... Walczy. Byłem chamem. Nie mogłem pozwolić jej na powrót, to by wszystko popsuło. Ona miała wrócić do swojego męża... realnego świata. Wiedziałem, że go kocha. Nie miałem prawa pozwolić jej na to aby pokochała mnie.
Wtedy stwierdziła, że mam za wielkie mniemanie o sobie. Miała rację? Nie... Widziałem swoje choć jestem niedomyślnym facetem. Kochała go i mnie. To mogło jedynie ją zniszczyć. Ja nie byłem dla niej... Byłem wolnym nieustabilizowanym ptakiem, który raz po raz skupiał się na wysublimowanej Su.

- Jak było?- usłyszałem w słuchawce głos Tobiego.  Jedynego przyjaciela, który poznał całą prawdę. Który wiedział gdzie jestem. Inni? Myśleli że udałem się do swojej oazy spokoju nad morzem.
- Była inna...- tylko tyle mogłem powiedzieć po tym spotkaniu. Związałem swoje włosy w jakiś kucyk. Wkurzała mnie ich długość, że w ogóle je mam. A może to kwestia sytuacji? To że jej oczy, jej ciało było tak blisko mnie. Że nie mogłem nad nią zapanować. A chciałem...
- A co myślałeś? Jesteś dla niej skurwielem jeśli mam cię opisać krótko i zwięźle.- szczerość w jego odniesieniu nie miała miary. Ona była i tyle.
- Dzięki...- usiadłem na skrzypiącym łóżku w wynajętym pokoju. Mały, zakompleksiony hotelik. Tylko to mogłem znaleźć w jej mieście.
- Nie będę cię głaskał po głowie Sebastian. Zostawiasz znowu rozdrapaną ranę?
- Nie rozumiesz... ona ma... wszystko. Co mam powiedzieć? Kochasz mnie i nie sprzeciwiaj się?! Należysz do mnie a nie do swojego męża i jestem pewien że byś dla mnie go zostawiła?- mój głos brzmiał jak u desperata. Usłyszałem jedynie śmiech po drugiej stronie słuchawki.
- Zrób przestawienie jak zwykle to na bank będzie twoja. Jesteś chujowy tyle ci powiem. 




Zapraszam do komentowania ;)