poniedziałek, 1 lutego 2016

3. Hopelessly Devoted to You

Obracałam w palcach obrączkę, którą nosiłam na łańcuszku.
Nie mogłam się skupić na pracy. Mając przed sobą notes niewiele mogłam z niego wywnioskować. Śluby, terminy, restauracje, różne rysunki. Byłam odpowiedzialna za najważniejszy dzień wielu młodych par, nie mogłam być teraz w takim stanie. Nie za to mi płacili... a na pewno nie moja pracodawczyni, która obecnie obserwowała mnie zza swoich szklanych drzwi biura.
Zauważyłam to w porę aby zebrać się w kupę.
Na marne.
- Amy? Wszystko gra?- zapytała otwierając jedyną barykadę dzielącą nas obie.
- Tak.. oczywiście że tak.- odwróciłam się tyłem do niej zbierając swoje rzeczy do lnianej torby.
- Na pewno? Chodzi o twojego męża... wiesz jeśli chcesz to znam świetnego...
- Nie...- przerwałam jej znacznie szybciej i głośniej niżeli chciałam. Znieruchomiałam słysząc dobrze znany sobie ton głosu.
- Amy...- westchnęła podchodząc bliżej mnie.
Blue była starsza ode mnie o dziesięć lat. Byłam przy niej jak dzieciak. Czasami tak mnie traktowała.
- Wszystko jest ok... idę tylko zmienić Ros w kwiaciarni.- wyjaśniłam wymyślając byle jaki powód.
Wymyślam, improwizuje, symuluję. Ostatnio to mój sposób na przetrwanie. Wymiguję się w sposób wygodny dla mnie i dla innych. Oni mają to co by chcieli usłyszeć, a ja święty spokój. Przez setną sekundy złapałam się na myśli, że jestem podobna do Sebastiana.
Kłamię.
Nie... mój przypadek był inny.
Ja miałam powód. Moje życie od zawsze było inne... nie takie jakie powinno być.
Każdy może tak powiedzieć. Jednak ja nie potrzebowałabym perfekcji... Zresztą nie te myśli na ten moment. Kiedyś sobie to poukładam.

Wesoły dzwonek przywitał mnie w białej kwiaciarni. Od razu spoczął na mnie wzrok dziewczyny z burzą loków na głowie.
Ros.
Najbliższa memu sercu osoba zastępująca mi matkę, siostrę, wręcz całą rodzinę od pierwszych dni w tej pracy.
- Co tam Loczku?- rzuciłam na powitanie wdychając intensywny zapach kwiatów.
- Ah... nawet mi nie mów. Ruch taki... na pobliskim cmentarzu dwa pogrzeby, więc i tu był ruch. Jeszcze mi panna Monree przyszła z zmianą zdania na temat kwiatów. Z przedszkola do mnie dzwonili, że bliźniacy znowu się o coś pobili i wychowawczyni mnie wzywa na dywanik z Jacobem. A wiesz jak on pracuje... Nie no, normalnie oszaleje!
Uwielbiałam ją właśnie za to. Mówiła tyle i w ten specyficzny sposób, że nie szło się jej nie pokochać. Uśmiechnęłam się do niej szeroko, przechodząc za ladę.
- To leć... ja tu zostanę do końca zmiany. Musiałam się ewakuować z biura. Wiesz... Blue naszły te gadki szmatki.- wywróciłam oczami ściągając z siebie kurtkę w oliwkowym kolorze oraz poprawiając nieco niesforny kok, zrobiony z zbyt ciężkich włosów.
- Na pewno? 
Wystarczyło, że kiwnęłam głową, a ona już skoczyła po kurtkę i torebkę. W tym czasie mogłam zerknąć na listę zamówień na dzisiejszy wieczór. Potrzebowałam zastrzyku fizycznej pracy. Bez skupiania się i myślenia.
- Aaaaaa.... miałam ci mówić!- przypomniała sobie, przeskakując przez ladę.- Był tu taki facet... koło trzydziestki. Przystojny. Blondyn z dłuższymi włosami coś ala Kurt Cobain fryzura... Wysoki...
Struchlałam słysząc ten opis. Oparłam się nieco plecami o regał za mną z jakimiś teczkami i wstążkami.
- Kazał mi cię prosić o abyś skupiła się na tym co było twoim marzeniem... Rozumiesz coś z tego?- Ros patrzyła na mnie jakby miała rozgryzać krzyżówki, jednak z chwili na chwilę jej wzrok się zmieniał. Wyprostowała się, odkładając torebkę na ladę.
- Ej... co jest? Co to był za typek? Nic mu o tobie nie mówiłam, ale jeśli to jakiś psychol to naślę na niego Jacoba albo policję.- od razu była gotowa dla mnie działać.
- Nie... nie psychol... Przynajmniej tak myślę.- Uciekłam jej gdzieś wzrokiem biorąc głęboki wdech
.- To... Sebastian...- nie wiedziałam czy go pamięta.
W pewnym momencie nie było dnia kiedy jej o nim nie mówiłam, o tym co podejrzewam. Jednak od roku przyrzekłam je,j że to koniec. Zresztą i moje życie się zmieniło diametralnie. Wymagała tego sytuacja.
- Sebastian?- powtórzyła za mną jak echo po czym  sobie przypomniała wszystko. Otwarła szeroko usta.
- Niee... jaja sobie robisz! Co on tu? Jakim cudem? Skąd wiedział gdzie jesteś?- obrzuciła mnie gradem pytań.
- Nie wiem... Nie mam pojęcia Ros... Może byłam zbyt dobrą nauczycielką w wytrapianiu IP... Nie wiem...- dotknęłam policzki czując jak bardzo gorące się one zrobiły.
- Myślisz, że on wie o...?- urwała jakby bała się wypowiedzieć imię niczym koledzy Harrego Pottera.
- Nie, na pewno nie.- zaprzeczyłam marszcząc brwi.


Kolejny rozdział z kolejną dawką emocji.
Będę dawkować je ;) 
Zapraszam do komentowania co niewątpliwie motywuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz