Zniknął.
I dobrze.
Długi miesiąc, pełnych niepewności miesiąc. Każdy dzień dawał mi nadzieję na powrót do normalności. Jednak czy można mówić o normalności, kiedy znowu oderwał mi plaster z rany? Próbowałam znów być sobą, dla każdego po kolei. Nie chciałam pytań, dziwnych spojrzeń. Miałam być sobą, zwykłą Amy.
Trzymałam się każdego dnia od nowa. Było tylko tu i teraz bez spotkania Sebastiana i to starczyło. Zyskiwałam z każdym dniem grunt pod nogami. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ważne że przestałam zerkać co chwile w drzwi od kwiaciarni.
Okres ślubów zmierzał do punktu martwego. Zima, śnieg, coraz bliżej święta oraz powtarzająca się aż do orzygu piosenka, która właściwie powtarzała się w każdym centrum handlowym czy radiu. Cieszyłam się niesamowicie, że jeszcze zostało kilka dni do gorączki świąt, bo tak naprawdę nie miałam jeszcze nic w planach. Poświęcałam się w pracy jak mogłam.
Dostałyśmy nowe, większe zlecenie niżeli parę wieńców świątecznych na nagrobki czy drzwi. Jako, że nie miałam dzieci, to na mnie spadł cały obowiązek zawiezienia i dopilnowania wszystkiego na miejscu. Wolałam aby Ros zajęła się trochę swoim domem i dziećmi.
Jechałam niewielkim busem, zapakowanym po same "uszy" do sąsiedniego miasteczka. Miała tam się odbyć jakaś wystawa. Wiadome było, że nasza kwiaciarnia jest najlepsza w okręgu, jednak nie często nam się zdarzały takie okazje, tym bardziej musiałam dbać o dobre imię firmy.
Oby nikomu nie chciało się wychodzić z domu w taką pogodę i będę mogła szybko wrócić do ciepłego mieszkania. Nie szykowałam się specjalnie na to wszystko. Szary sweter do kolan i czarne rajstopy. Wygodnie i ciepło.
Nawet specjalnie się nie malowałam, nie byłam w stylu ślicznotki. Od pewnego czasu nie było dla mnie ważne jak wyglądam.
Dopiero kiedy znalazłam się w miejscu gdzie było już masa ludzi, na wystawie jakiegoś malarza, zamarłam. Gdybym wiedziała, że to taka wielka impreza może inaczej bym się ubrała.
Nie ważne, przecież byłam tutaj tylko tłem.
Kilku kelnerów zostało mi przypisanych do rozniesienia wazonów z liliami i różami wedle wskazanych miejsc jakiejś organizatorki.
- W sumie teraz możesz rozejrzeć się po wystawie, a później zapraszamy na herbatkę na zaplecze. Przeczekasz z nami tą burzę westchnięć nad tym wszystkim.
Zaproponowała mi koordynatorka kelnerów, kobieta po czterdziestce z miłym uśmiechem.
- Bardzo chętnie.- podziękowałam jej.
Ruszyłam więc w głąb pomieszczeń gdzie na wielu ścianach niczym w labiryncie wisiały obrazy. Dopiero po chwili zauważyłam, że i ściany są tutaj istotne, a właściwie ich kolor. Pierw otaczały mnie czarny kolor, następnie szary... wszystko zmierzało do białego, niewinnego koloru.
Nie byłam znawczynią sztuki, wszystko było zbyt mocno przesycone "nowoczesną" sztuką. Przynajmniej tak mi się zdawało na początku. Im dalej w głąb, tym wszystko stawało się... ładniejsze? Bardziej składne i łagodne? Twarze osób, a raczej kobiet nie były już geometrycznymi kształtami, stawały się piękne. W końcu po którymś z obrazów zauważyłam, że twarz jest ujednolicona, pod jeden wzór.
- Coś niesamowitego... Czy ty to widzisz Chris? Słyszałeś, że on malował do ostatnich godzin przed otwarciem wystawy i najważniejszy portret jest jeszcze zasłonięty?
Jakaś para obok zachwycała się nad tym wszystkim, zbyt nad to. Nigdy nie rozumiałam koneserów sztuki, a tym bardziej artystów. Cóż, jednego pochłoniętego sztuką rzeźbiarza miałam w domu. Nawet to mnie niczego nie nauczyło. Pokiwałam głową z niedowierzaniem i wtedy rozniósł się dźwięk mojej komórki. Wzrok wszystkich "znawców" znalazł się na mnie.
- O matko! Już.. przepraszam... em..- zaczęłam szukać w torebce telefonu. Ros.
Odebrałam szybko rozglądając się na boki. Jakiś cichy, ciemny zaułek. Idealnie!
- Amy? Amy! Halo!- krzyczała do słuchawki Ros.
- Ciii... już jestem. Nie krzycz tak! - zaśmiałam się do niej, opierając plecy o ścianę.
- Dojechałaś cała i zdrowa? Miałaś dać mi znać! Mogłam jechać z tobą i ci pomóc.- jak zwykle cała ona, zawsze pomocna.
- Daj spokój. Ktoś musi zająć się dzieciakami. Miło, że dzwonisz i się o mnie troszczysz.- zaćwierkałam do niej słodko aby ją uspokoić. W odpowiedzi jedynie głośno westchnęła.
- Kiedy wracasz? Może wpadniesz na kolacje? Jacob jest w pracy.
- Ooo kolacja z winem! Jak dzieci położysz szybciej spać to wpadam od razu.- damski wieczór z Ros, to było to co potrzebowałam w tym momencie.
Wtedy ktoś zapalił światło w pomieszczeniu w jakim się znajdowałam. Pierw oślepłam i musiałam zamrugać kilka razy. Zobaczyłam przed sobą rosłego mężczyznę, z TYMI niebieskimi oczami. Miał poważną minę, mogłam też zauważyć sine worki pod oczami.
- Ok, ok... zrobię dla ciebie coś dobrego... Amy? Amy...
- Em.. Ros... ja... ja oddzwonię później. Pa...- mówiłam nie odrywając wzroku od Sebastiana.
- Amy co do chole....
Zapadła cisza.
Choć był ubrany w białą koszulę i ciemne spodnie, nie wyglądał na kogoś kto prezentował się znakomicie tego dnia na wystawie. Odsunęłam się od ściany, chowając telefon do torby.
- Co ty tu robisz?- jego głos był ochrypnięty, tak jakby dawno nic nie pił.
- Ja?- zdziwiłam się.- Pracuje tutaj... przywiozłam kwiaty. Zresztą... ty znowu jesteś tam gdzie ja? Myślałam, że sobie odpuściłeś! Co? śledzisz gdzie akurat mam zamówienia?- obrzuciłam go pytaniami przybliżając się o krok, jakoś tak w odruchu, jakbym go atakowała.
Jego wzrok jednak się nie zmienił.
- To moja wystawa...- odpowiedział jedynie.
Otwarłam usta słysząc te słowa. Jaja sobie robił?
- Co?- jęknęłam.
Westchnął bezsilny i wskazał głową na coś za mną. Zmarszczyłam brwi niepewnie się odwracając w tą stronę. Na jasnej, oświetlonej ścianie wisiał wielki obraz, o wiele większy niżeli ja miałam wzrostu. Musiałam oddalić się od tego wszystkiego o kilka kroków, zrównując się z Sebastianem, aby zobaczyć całą twarz kobiety. Odruchowo uniosłam dłoń do ust oniemiała co widzę.
- Nie myśl, że jestem psychofanem... czy coś... ja... maluje co myśle. A ostatnio myślę... eh...- jęknął jakby wkurzony sam na siebie.
Przeniosłam wzrok na niego próbując dowiedzieć się czy kłamie. O dziwo nie kłamał. Był pogłębiony w jakimś smutku. Było z nim widocznie źle.
- Ej.. Sebastian... Co jest grane?
- Czy to ważne?- nie patrzył na mnie.
- Ważne? Wyglądasz jak jedna wielka depresyjna kulka nieszczęścia i ty się pytasz czy to ważne?- nie wiem dlaczego mnie to interesowało.
Przecież byłam na niego niesamowicie zła. Przecież tyle czasu mnie okłamywał, abym teraz wyciągała do niego rękę? A jednak. To jak się zachowywał i wyglądał nie świadczyło o niczym dobrym.
- Amy proszę... Mam dość tego dnia, najchętniej by stąd wyszedł. A i tak wszyscy świetnie się bawią nie zwracajac uwagę czy tu jestem czy nie.
- Marudzisz... a jeśli nie zwracają uwagi to po co tu siedzisz?- uniosłam brew zerkając na niego.
- Bo to lepsze niż czas spędzony samemu...- wywróciłam oczami słysząc te słowa.
Czasami potrafił być naprawdę wkurzający.
- Zaraz dam ci kopniaka w tyłek, a uwierz umiem kopać dość mocno. Nie jesteś sam... Tyle osób pewnie chciałoby z tobą tu porozmawiać.- wskazałam w stronę reszty labiryntu z obrazami. Uśmiechnął się minimalnie, jednak uśmiech ten nie dosięgnął jego oczu.
- Ale osoba z którą chciałbym spędzić czas mnie nie chce.- wtedy zauważyłam, że wpatruje się we mnie.
Sekundę potrwało abym zrozumiała to wszystko. Uciekłam gdzieś spojrzeniem i oplotłam się ramionami jakby to miało mnie ustrzec przed czymś złym.
- Sebastian...
- Nie Amy... spokojnie!- przerwał mi od razu.- Dla jasności, ja nic na tobie nie chcę wymuszać, nie chcę wiele. Zrozumiałem, że masz swoje życie, a ja nie jestem potrzebny ci ale... W jakimś stopniu ty napędzasz mnie do działania. Jeśli czegokolwiek mógłbym chcieć od ciebie to jedynie znajomości. To mój obecnie największy cel, bez udawadniania i rozwalania ci życia. Mieć ciebie na takiej zasadzie albo wcale... to już wolę chociaż tak.
Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
- O ile oczywiście ty tego chcesz.- dodał ciszej i niepewnie. Wypuściłam cicho powietrze z płuc próbując sobie to ułożyć w głowie. On czekał milcząc. Zerknęłam znów na niego.
- Ja... em... ja nie wiem...- jąkałam się gubiąc myśli.
- Proszę o szanse. Wiem że spierdoliłem ale... tu i teraz jest inne. Proszę Amy...- i wtedy dotknął swoją dłonią moją dłoń. Wydałam z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
- Sebastian... Kurde no!
Gdy zobaczyłam delikatny uśmiech pomiędzy cieniami w jego oczach byłam bezradna.
- Tylko kumple.- zastrzegłam sobie a on kiwnął głową.
- Dziękuje...- szepnął.
Jego głos... to sprawiło, że nie mogłam go tutaj zostawić. Dlaczego?! Byłam na siebie wewnętrznie wściekła i wiedziałam, że teraz sama sobie grabiłam. A jednak. Byłam idiotką.
- Podziękujesz za chwilę. Choć...- pociągnęłam go za rękę, którą mnie trzymał do wyjścia zapinając gruby płaszcz na sobie..
- Co ty robisz?- zapytał rozglądając się.
Dłuższy rozdział jako rekompensata,
że tak długo nie pisałam rozdziału.
Zapraszam do komentowania
co niewątpliwie mnie
motywuje.
Im bardziej nie ogarniam, tym bardziej chcę to czytać. Co jest ze mną nie tak?
OdpowiedzUsuńA tak serio, to... piszesz tak genialnie, że ja nie mogę *o*
KOCHAM *-* Talent to ty masz :D Niesamowicie wciąga...pisz, pisz bo idzie ci genialnie ^ ^
OdpowiedzUsuńDziękuje serdecznie i wpadaj częściej ;)
Usuń