sobota, 6 lutego 2016

6. Jessie's girl

W niewielkim busie, który był koloru śniegu, dziwnie się czułem. Gdzieś za plecami zostawialiśmy wystawę, moją autorską wystawę, na którą składało się kilkadziesiąt prac z różnego okresu mego życia. A jednak, kiedy spoglądałem na Amy, która w skupieniu marszczyła brwi prowadząc samochód, jakoś wszystko stawało się nie ważne.
Była osobą, przez którą poprzedni miesiąc był jedną wielką dziurą ciemności. Naprawdę ciężko to opisać, zresztą mój wygląd był idealnym opisem tego wszystkiego co się mi działo. Zdawałem sobie sprawę, że ona nie należy do mnie, że nie mam żadnego prawa by była moja, bez względu na to co czułem. Ona była kogoś, innego mężczyzny. Niewątpliwie ten kto był jej mężem, był największym szczęściarzem na świecie.
Czy chciałem o nią walczyć? Owszem, jednak to by ją jedynie raniło, a ona by z dnia na dzień mnie nienawidziła. Mogłem tylko oczekiwać aby chociaż chciała ze mną rozmawiać.
Udało się, za cenę wystawy która i tak była dla mnie mniej ważna niż wszystko to co ona mogła mi dać.
- Dokąd jedziemy?- odpiąłem kilka guzików od koszuli.
- Zobaczysz. Nie bój się, odstawie cię na miejsce za dwie godziny.- posłała mi uśmiech i znów wbiła wzrok w jezdnię.
Nie lubiłem nie wiedzieć. Zawsze byłem panem sytuacji, z kontrolą nad wszystkim. Nad karierą, nad kobietami, nad seksem. No może prócz tego co wywiązało się po między nami. Czy to znaczyło, że już zawsze tak miało być? Jedna wielka niewiedza i niemożliwość przejęcia inicjatywy?
- Jedziemy na kolację, którą szykuje twój mąż?
To pytanie sprawiło, że od razu na mnie spojrzała, przez co wjechaliśmy w jakiś krawężnik. Szybko zapanowała nad sytuacją.
- Słucham?- jej głos znów był zmieniony.
No tak, przecież nie miałem między nas wpychać jej męża.
Cholera.
- Przepraszam... ja jedynie usłyszałem... No to o trosce, dzieciach i kolacji.- machnąłem ręką jakby nie było dla mnie ważne to że z kimś miała dzieci. A było. Dzieci wszystko zmieniały. Fakt, że mogłyby one być... skreślał mnie.
- Nie... jejku... Ja rozmawiałam z Ros. Przyjaciółką z kwiaciarni, razem pracujemy.- zaśmiała się nieco nerwowo i wywróciła oczami patrząc przed siebie.
- Ona pilnuje twoje dzieci?- wierciłem jej dziurę w brzuchu.
Musiałem.
Chciałem.
Może to była moja niepowtarzalna okazja aby się o niej czegoś więcej dowiedzieć. Zerknęła na mnie szybko, z lekkim uśmiechem jednak nie sięgał on do jej oczu.
- Nie...- odpowiedziała cicho.
- Ty płaczesz?- facet i wyczucie czasu. Należał się dla mnie za to jakiś order.
- Nie! To... to od ciepłego powietrza... zawsze tak mam. Też masz pomysły.- mówiła zbyt szybko i zjadała końcówki.
Zamilkłem odpuszczając.
Kilka minut, doprowadziło nas do jakiegoś niewielkiego domu. Jak,o że Amy wyszła z samochodu zrobiłem to zaraz za nią. Za drzwiami było słychać  biegi, piski i wyzywanie kobiety. Spojrzeliśmy na siebie po czym otworzyły się drzwi. Stała tam kobieta, którą znałem z kwiaciarni, Ros.
Widząc Amy uśmiechnęła się od razu, jednak kiedy spojrzała na mnie uśmiech zniknął jej z twarzy.
- Co to?!- obrzuciła nas kolejnym spojrzeniem pełnym niechęci, strachu i złości.
- Ros spokojnie... nie denerwuj się.- poprosiła ją brunetka podchodząc bliżej.
- On cię tu przyprowadził? Śledził? Już dzwonie po policje!
Uniosłem brwi słysząc to wszystko. Co też musiała jej Amy o mnie naopowiadać aby coś takiego przyszło jej do głowy.
- Nie! On... on jest ze mną. Sama go przywiozłam.- zaczęła tłumaczyć się, jednak wszystko przerwał dźwięk tłuczonego szkła i płacz jakiegoś chłopca.
Kobiety ruszyły do środka biegiem. Co miałem innego zrobić? Zamknąłem za sobą drzwi od domu i wszedłem tam gdzie Amy biegła.
Na dywanie leżała jakaś zapiekanka, rozbite naczynie oraz chłopiec cały w sosie. Płakał dość okazale. Ros się nim zajęła wyzywając obu chłopców od rozrabiaków oraz zauważając fakt, że powinni już dawno spać. Amy zbierała do plastikowej miski wszystko co było na ziemi. Odruchowo uklęknąłem koło niej.
- Pomogę ci...- uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie.
- Taka to ta nasza kolacja.- zaśmiała się.
- Zawsze macie w zwyczaju robić krzywdę jakiemuś dzieciakowi?- uniosłem brew i spojrzałem na nią badawczo, lubiłem kiedy się uśmiecha. Poprawiało to jakoś moje nastawienie, które ostatnio było w kiepskiej kondycji.
- Sebastian...- uciszyła mnie, jednak kąciki ust jej zadrżały.
- Amy skończyliście już? Młodzi chcą abyś ich zaprowadziła do spania. - pojawiła się w pokoju Rose, spoglądając na nas jak na więźniów, którzy uciekli z więzienia. Brunetka wstała szepcząc coś na ucho matce bliźniaków.
 Zostałem sam na sam z nią w salonie. Nie musiała nic mówić abym czuł się jak intruz. Odebrała ode mnie miskę z skorupami szkła i poszła do kuchni. Z westchnięciem udałem się za nią. Czemu musiałem tak łazić za każdą z nich po kolei?
- Po co znowu się jej wpraszasz w życie? Mało napsułeś jej nerwów?- rzuciła nagle Ros zbyt szczerze niżeli tego oczekiwałem. Założyłem dłonie na tors.
- Nie jestem tutaj mile widzianym gościem.- mogłem tym stwierdzeniem jedynie dolać oliwy do ognia.
- Jedynie troszczę się o Amy. Nie chcę aby miała chaos w głowie, zwłaszcza przez ciebie.
- Sama zdecydowała aby mnie tu zabrać... po za tym zawrzeliśmy umowę. Jesteśmy jedynie znajomymi.- poinformowałem ją.
Jednak Ros nie wierzyła mi. Patrzyła na mnie odgarniając burzę loków za ucho. Przecząco pokiwała głową i z westchnięciem włączyła czajnik elektryczny.
- Jeśli zrobisz jej krzywdę...
- Nie zrobię, wierz w to albo nie. Nic jej nie zrobię, ani nie namieszam w jej małżeństwie.- powiadomiłem całkowicie poważnie.
Oczy gospodyni domu zrobiły się okrągłe i oniemiała.
- Mał.... w czym? W małżeństwie?- mówiła jakby się czymś zadławiła.
- No tak... przecież to jest najważniejsze. Jej mąż... O co ci chodzi?- zmarszczyłem brwi.
O co do cholery chodziło z tym mężem Amy? Ciągle jakby na to słowo wszyscy zostali porażeni prądem. Wtedy do kuchni weszła ona. Uśmiechnięta i wesoła.
- Obgadujecie mnie?- zapytała spoglądając na naszą dwójkę.


Zapraszam do komentowania ;)

1 komentarz:

  1. Umrę, jeśli nie dowiem się, o co w tym chodzi .-. nie każ mi umierać, proszę xo

    OdpowiedzUsuń